(Tetryk Starszy)

ŻÓŁTE SPASZTY*

Kończę trawers, wbijam dwa haki i zaczynam wybierać liny. Stanowisko asekuracyjne mam nad okapem. Z zainteresowaniem patrzę kiedy feston wybieranych lin dotknie płyt, którymi podeszliśmy. Wzięliśmy dwie liny, na wszelki wypadek. Kiedy Rysiek dochodzi do mnie okazuje się, że właśnie mamy „wszelki wypadek”. Kilkanaście metrów wyżej wyjście na zachód zamyka nam masywny śnieżny nawis. Ręce opadają. Zjeżdżamy…

Spod ściany wracamy na skróty. Brodzimy w grząskim śniegu przemoczeni i przegrani, jak zbite psy. Wytopiona nad piargami i nad kosówką pokrywa śnieżna tworzy pułapki. Zapadamy się co jakiś czas po kolana, po pas, a nawet po szyję.

Wreszcie schronisko – „Betlejemka”. Zakopujemy się pod sterty koców.

Nie ma gór, nie ma śniegu. Nawet nas też prawie nie ma…

Wracam myślami do Kościelca. Do wspinaczki z Ryśkiem. Nie udało nam się jako pierwszym w zimie przejść drogi Gryczyńskiego i towarzyszy na zachodniej ścianie. I nie przeszliśmy do historii.

Wprawdzie na drodze tej spotkaliśmy się ponownie, ale to już było w czerwcu. I po roku. Z innymi partnerami.

A co do historii taternictwa… Rysiek jednak do niej wszedł. Okazał się fenomenem wspinaczki skalnej. W Dolinkach Podkrakowskich pokonał klasycznie szereg dróg, które wcześniej przebywano wyłącznie z pomocą haków (sztucznych ułatwień). W Tatrach jego kombinacja wariantów klasycznych na Kazalnicy stała się przejściem przełomowym.

Co do mnie, to zapisałem się w kronikach głównie z uwagi na taternicką długowieczność.

Chyba w dziesięć lat po śmierci Ryśka, trafiłem na wspomnieniowy artykuł o nim w miesięczniku „GÓRY”. Było tam kilka zdjęć. Zatrzymało mnie jedno. Było to zdjęcie pierwszej strony zeszytu Ryśka. Zapisywał w nim swoje wspinaczkowe dokonania. Jako pierwszy wpis figurowały „ŻÓŁTE SPASZTY”.

Ale może po kolei.

Ryśka poznałem jesienią 1966 roku. Wspinaliśmy się razem w krakowskim kamieniołomie na Zakrzówku.

Następnego roku, kiedy tylko nastało przedwiośnie ćwiczyliśmy z zapałem dalej. Udało nam się nawet zrobić kilka nowości. W tym też czasie trafił nam do rąk nowy zeszyt „TATERNIKA”. W kwartalniku opublikowany był opis nowej drogi na Kościelcu. Od słowa do słowa i znaleźliśmy się na Hali Gąsienicowej.

Zanim zaatakowaliśmy interesującą nas ścianę, postanowiliśmy przestawić się z wapienia na granit. W tym celu udaliśmy się nad Czarny Staw.

Chwila rozglądania i poszukiwania najbliższych skałek bez śniegu. Nie pamiętam który z nas wskazał ręką, a który użył słowa „spaszty” (spaszt to prostopadła ściana skały).

Zapewne losowaliśmy kolejność prowadzenia. Wyciąg Ryśka biegł mokrą rynną o jaśniejszej skale na skośną śnieżną rampę. Wyżej sterczały żółte spaszty. Z prawej ograniczał je filarek stanowiący charakterystyczny uskok w ostrzu żebra (dziś określanego jako wschodnie żebro Czuby nad Karbem). Żeby wydostać się ponad uskok wypadało przejść ukosem przez żółte skały. I przez półeczkę. Wspomniana półeczka miała ciekawą strukturę. Zalegała ją równa warstwa ułożonych jak kafelki, odpękniętych płytek. Niewiele myśląc chwyciłem skraj półeczki, pod „kafelkami”. Następnie, na wypór, spróbowałem wydostać się na nie…

Tak zaliczyłem swoje pierwsze odpadnięcie w Tatrach. Właściwie nie lot, a wahadło. Wychodząc na oczyszczoną już półeczkę miałem przynajmniej pewność, że jesteśmy tu pierwsi.

Noc i poranek w Betlejemce. Wygrzebuję się spod sterty koców. Dzisiaj mamy już 15 września 2011 roku. I dobre prognozy meteorologiczne. Kiedyś myślałem, że meteorologia zajmuje się meteorami… Dziś mam zamiar zająć się czymś innym, spacerem mianowicie. Nad Czarny Staw.

Ze szlaku biegnącego wschodnim brzegiem jeziora pstrykam zdjęcia we wszystkie strony. Co jakiś czas kieruję obiektyw w jedno miejsce. Teraz wiem już nawet, że pierwszy garb w zboczu Kościelca nad przełęczą ma swoją nazwę. Czuba nad Karbem. I że wariant przez „Żółte Spaszty” wiedzie właśnie żeberkiem tej Czuby. Przyglądam się.

Kościelec, Czuba nad Karbem i Karb

Gdyby był śnieg, znaleźć byłoby łatwiej.

Fragment poprzedniego zdjęcia. To musi być tu, gdzie strzałka!

Nie wiem czemu Rysiek zapisał to jako pierwsze ze swoich górskich dokonań… Może jako przyczynek, z buchalteryjnej rzetelności. Może z sentymentu, że to pierwsza nowość w Tatrach (jaka by ona nie była).

Trudno to jednak uznać za jakieś „dokonanie”.

Przyczepiają się do mnie różne melodie. Ostatnio szanta Stana Rogersa „Northwest Passage”. Przebycie przesmyków o tej nazwie – to dopiero dokonanie!

No tak, tyle że w Ryśkowym zeszycie nie ma na pierwszej stronie żadnych przesmyków. Ani North, ani West, ani Passage.

Za to, na samym wstępie: „Żółte Spaszty”. Jak byk!

I tego się trzymajmy.


* spaszt – prostopadła ściana skały

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •