(Tetryk Starszy)

ZASZŁOŚCI

Marzec 2007 roku. Wielki Post.

Obejrzałem dostępny w internecie film Grzegorza Brauna: "Plusy dodatnie, plusy ujemne".

I popadłem w zadumę...

– Któż chciałby być brzydalem? – pomyślałem.

* * *

Jako dziecko, nie chciałem być brzydalem.

Nie wiem, pewnie za mało się przykładałem; Dość , że kiedy nieopatrznie spojrzę w lustro, widzę, że się nie udało... Ot, dziecięce zachciewajki; Pora się pogodzić, że nie zawsze się spełniają.

Ale któż chciałby być brzydalem?

No, może i nie wszyscy chcą być piękni, młodzi, bogaci... Niektórzy skłonni są poprzestać na sławie, ewentualnie władzy. Tyle, że tu zaczynają się schody; Bo do osiągania wspomnianych celów, służą zwykle tzw. "środki".

Na początku wszystko zdaje się być dziecinnie proste. Dla dzieci coś jest albo "be", albo jest "cacy". I z reguły same wolą być "cacy". Wyjątek jednak stanowią te, które nie chcą... (Szkarady. Żeby nie powiedzieć brzydziej.)

Nim poznałem słynnego sienkiewiczowskiego bohatera – myślę tu o Kalim – miewałem już podobne jak on kłopoty. Wcale nie chciałem być brzydalem. Chciałem być "cacy". Ale... Wciąż, ktoś, coś, mi wytykał! Że niby to, co robię, jest "be"... Albo i gorzej.

A przecież doskonale wiedziałem, że będąc "cacy", nie powinienem mieć wpadek tego typu. Myślę o "be".

Nie chciałem być żadnym Przywódcą, czy Idolem. Bohaterem... też nie (zwłaszcza "papierowym"). Dokładniej nie wiedziałem, co ma mi się chcieć. Ale i tak "te środki", których używałem na drodze do niezidentyfikowanego celu, często okazywały się być "be". Więcej niż często. Weszły mi chyba w nawyk. Wiele, wiele lat używałem "be"... Aż mi wyszło nosem.

– I przyznałem, że już nie jestem "cacy".

Aż uznałem, że... jestem brzydalem.

* * *

Wracając do tematu: któż chciałby być brzydalem?

Niegdyś, zanim wcielono mnie w szeregi sił zbrojnych, wykułem młotkiem trochę dziur na bunkrach. W efekcie powstała "nowa droga". Wspinaczkowa. Kiedy wróciłem do cywila i na bunkry, zwierzył mi się pewien adept wspinania, że jakoby przeszedł tę drogę... Ponieważ widywały go trudności niższe (IV, góra V), więc puściłem "rewelację" mimo uszu. Swoją drogą, jak na adepta, byłby to sukces. Gdyby rzeczywiście był. (Świadek rzekomego dokonania, zbiegiem okoliczności, akurat wyemigrowała...)

I to był błąd, że nie chciałem mu robić wstydu. A trzeba było. Trzeba było sprawę postawić jasno (bo to było jednak więcej niż VI... i trudności takie nadal nie chciały go znać):

– Zamiast opowiadać cuda niewidy – pokaż, przejdź. – Albo, nie opowiadaj!

Więc trzeba było.

– Dlaczego akurat tak? – By wyjaśnić, żeby nie powstała "zaszłość".

Bo, być może, nie czytałbym po latach o przejściach, dokonaniach bez świadków (zwłaszcza żywych), które dziwnie przypominają mi tamten "sukces" z bunkrów. Niebywały, czy raczej niebyły? Rzekomy.

A te dokonania, o których czytam, też... nie do końca dokonane? "Papierowe"?

No i któż chciałby, w takich okolicznościach, okazać się brzydalem?

* * *

Jest taka historyjka o marcowych kotach:

Dwa kocury wybrały się wieczorem "na podryw". Wlazły na dach, stanęły przy kominie i... jak nie zaczną miauczeć!

Na to, zbiegły się chmury; Lunął deszcz. Sypnęło gradem. Koty uciekły.

Spotkały się dopiero następnego wieczora:

– Ostro było wczoraj, nie?! – miauknął pierwszy. Napuszył się przy tym i prężąc ogon, jak kaktus, spytał: – Idziemy znów?!

– Nieee... – odmiauknął drugi. – Ja już się... napodrywałem...

Historyjka ta dobitnie pokazuje, że nie wszyscy cenią kaktusy. Co do pożytków z miauczenia, oraz "faktów medialnych", zdania również są podzielone.

* * *

Brzydalowi wystarczy prawda. Zbędny mu "wizerunek".

Jak i darcie kotów, z kim się da, o pozory (że "be" – to niby – nie "be", skoro tak "pasuje"...).

Brzydal namawiał, a i dalej namawia, do sprostowania "zaszłości". Gorszy jest niż sumienie.

O ile by go słuchać... (Ale nie, nie teraz... Jak to by wyglądało?... Po co to wyciągać?... Przy tylu sukcesach... jeden mniej, jeden więcej? Może innym razem... Komu to potrzebne?...)

– I któż by tam chciał?...

Załóżmy sobie, tylko na chwilę, że życie jest karkołomną wspinaczką (jeśli nie liczyć podejść);

– Więc – "dobry alpinista, to żywy alpinista" – czy nie tak?

– Niekoniecznie... – Skoro uwikłał się w "zaszłości". One podważają jego wiarygodność.

Sam wstyd... choćby się teraz i pojawił, nie wyzwoli.

Prawda, tak.

Co daj, Boże.

Jan
Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-06-13
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •