(Tetryk Starszy)

KOPY LIPTOWSKIE

Są tacy, którzy miewają marzenia...

W ostatnich latach często odwiedzałem Zadniego Mnicha. Ten obelisk w głównej grani Tatr, odsunięty od turystycznych szlaków i gwarnego Mnicha, daje szansę poszukiwaczom... Poszukiwaczom ciszy, samotności a może nawet ... i samych siebie. Nawspinawszy się, zalegałem na wierzchołku i rozleniwiony chłonąłem słoneczną ciszę. Jedni nazywają to gnuśnością, innym taki stan może kojarzyć się z niemowlakiem, który ożłopał się mleka aż mu się ulewa... Wylegując się, próbowałem zatrzymać czas. Zachwyt byłby pełen, gdyby nie konieczność powrotu. I dziwne myśli. Ponoć zdumienie rodzi pytania, a pytania odpowiedzi. A ja nie mogłem wyjść z zadziwienia, że góry, doliny, podobnie jak i ja, nie istnieją same dla siebie...

Oraz że w tej sytuacji nieodzowny byłby latający dywan.

Tymczasem gapiłem się ku trawiastym połoninom...

Ku Liptowskim Kopom – raz wygrzanym słońcem, to znów niebieszczejącym lub zamglonym, zapadającym w podwieczerz. Coś ciągnęło mnie ku nim. Może niejasne wspomnienie z dzieciństwa, z pobytu w Bieszczadach. A może zwykły podziw, że coś takiego, akurat tu, wśród granitów, istnieje.

Są tacy, którzy uczą się na błędach... W rok od spóźnionego powrotu z gór "po omacku", 19 sierpnia wyruszyłem ku Kopom... Po obiedzie. Deszczowe chmury odpływały na Słowację. A słońce wędrowało ze mną – znad Morskiego Oka na Halę pod Mnichem i wyżej, na próg Dolinki, dalej i wyżej na Szpiglasową, i aż na grań.

Stąd, w stronę Gładkiego, Liptowskie Mury jakby wytyczyły granicę światła. Pięć Stawów tonęło w słońcu, zaś Ciemne Smreczyny w mroku... Klucząc granią Kosturów, patrzyłem jak długo też utrzyma się taki podział. Na Czarnej Ławce zatrzymałem się i przysiadłem. Było późno, zgłodniałem. Tymczasem światy równoległe – światła i mroku – trwały sobie nadal. Dziwne wrażenie, że jest się gdzieś nie przypadkiem, że miało się tu być, jakby miejsce lub zdarzenie czekało na ciebie.

Wrażenie, wrażeniem... Sięgnąłem po musli. Ciężkie chmury nad Kopami kłębiły się bezładnie... Naraz w burej magmie zrobiła się dziura. Z prześwitu, jak reflektor, buchnęło światło. Dosięgło Cichego Wierchu. I wolno wędrowało... Słup światła przemieszczał się, wędrował... w moim kierunku!

Poczułem się nieswojo, jakby nadciągała wieczność. Musli z ręki wypadło, tylko trwałem nieporuszony... W ciszy.

– No, skoro tak ma być... – usłyszałem swój, a jakiś nie swój, głos. Przetarłem oczy... i... światło zgasło. Niebo zamknęło się. Znów niby były to tylko chmurki, a raczej bure chmurzyska, jakby miało sypnąć śniegiem. Schodziły, spływały, coraz to niżej, niżej. Najwygodniej byłoby uznać, że właściwie nic się nie stało, a niezrozumiałe po prostu nie istnieje. Rozejrzałem się, czy aby na pewno jestem sam.

„A dzieci robić, zamiast szwendać się samopas! – przemknęła mi gdzieś zasłyszana "złota myśl". Pospiesznie zebrałem manatki i, starając się w miarę możności zachować spokój, spełzłem między Kosturami, trawami, po rosie, do ścieżki... I dalej – do ludzi. I... cywilizacji.

A jaki tu związek z marzeniami?...

Taki, jak skoku ze spadochronem z ziemią. Niewiadomą jest lot... a zwłaszcza lądowanie.

Wracając już całkiem na ziemię, nie wiem gdzie wylądować z listem od pewnego Pana, życzliwego mi ateisty: "To ludzie wymyślili Boga" – czytam nie bez podziwu dla optymizmu poznawczego Autora, którego jednak nie podzielam: Ten Pan ma rację, o ile nie jest akurat na odwrót.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •