(Tetryk Starszy)

WYWIAD Z KUBĄ*

(z notatek zapisanych w przeddzień)

Witaj, Kubo.

Najpierw Ci odmówiłem, odruchowo, bo nie jestem towarzyski... A jeszcze i składki nieopłacone w UKA.

Potem siatkarze wygrali z Rosją... (Nasi siatkarze przypomnieli mi, że można przez 30 lat przyzwyczaić się do klęsk i porażek i tak po ludzku, całkiem zwątpić. No, ale w planach Opatrzności bywa, że "przez łzy, do szczęścia".)

Wreszcie pomyślałem, że wolałbym zamiast wywiadu, który uparcie kojarzy mi się z nekrologiem... wolałbym raczej, żebyś mnie wsparł latem w Tatrach na "jakimś" problemie. No, ale skoro się uparłeś...

Trudno, pytaj.

Urodziłem się... dawno. I do tego w niedzielę.

Ciągoty do wspinania poczułem na widok drzew. Stąd wiem, że topole bywają kruche, zaś akacje kolczaste. Początki w skale, to chyba Nosal; Rodzice, nieświadomi grozy, drzemali w pensjonacie Funduszu Wczasów Pracowniczych w Zakopanem a ja biegałem na Nosal wdrapywać się na skałki...

Ale fascynacja wspinaniem przyszła chyba później: Na początku lat 60. spędziłem dwa tygodnie w Dolinie Będkowskiej. To tam zobaczyłem "prawdziwych mężczyzn". ONI mieli młotki, haki i liny! W "ławeczkach" pokonali "Kakofonię", a pierwszy przelot założyli włażąc jeden na drugiego. Zachwyt dla "żywej drabiny" zachowałem do dziś.

Wspinanie z partnerem i liną, jak wynika z podpisów na zdjęciach, zaczęło się w styczniu 1965 roku w Dolinie Bolechowickiej.(sizalową linkę kupiłem w sklepie z powrozami, a haki typu "wycior" w sklepie sportowym przy Rynku Głównym w Krakowie)

Latem były już Tatry, Grań Kościelców, Zmarzła Przełęcz od południa i spotkanie z górską śmiercią, turysty, który poślizgnął się na Orlej Perci.

Przydomek, którego używania zakazała moja Córka, otrzymałem wiosną następnego roku; Pod namiotem sypiało się wówczas w różnych ciepłych ciuchach, także w gatkach np. białych. I raz, właśnie w takim stroju przywitałem słońce na jakiejś skałce w Dol. Kobylańskiej. No, i zostałem zauważony...

Z początków wspinania głównie pamiętam PRZE-RA-ŻE-NIE!

W 1967 roku poczułem, najpierw na Kościelcu (upadek), a później na Kazalnicy, że wspinanie może być tyleż pięknym, co i niebezpiecznym zajęciem. Można trzymać partnera "przez ciało", kiedy zadynda (nity na Długoszu) ale jak i stanowisko strach obciążyć...

Ból się pamięta. I bezradność pamięci, zwłaszcza wobec tragicznych wydarzeń, natrętnie powracających pytań...

Starałem się unikać "masywnych" lotów wspinając się hakowo, gdzie tylko się dało. Tyle, że to nie do końca się sprawdzało;

W 1969 roku, pewnego dnia, wszystkie drogi hakowe na wschodniej Mnicha były już zajęte... Żeby nie marnować dnia, ruszyłem jedyną w okolicy wolną rysą. Ale rysa nie była wyposażona w haki a po iluś metrach okazało się, że moje... nie pasują.

Jedyny przelot, hak, upodobnił się do korkociągu. Jednak wytrzymał.

Po roku, uzbrojony w rynny i kołki, wróciłem i przehaczyłem rysę. W całości.

Było to trochę tak, jak z pływakiem który wypłynął na głębię a okazało się, że wolałby chyba raczej... brodzik. Dopiero po latach przekonałem się, że trening daje dużo lepsze efekty niż ciągłe kombinowanie, żeby czasem nie wypłynąć za daleko;

Bo nieznane jednak kusiło... I uparłem się nadal chodzić własnymi drogami, wciąż wahając się między lękaniem, a stękaniem.

Ktoś nazwał to, nawet chyba bez złośliwości "innym nurtem" wspinania. Wspomnień z tamtych lat nie mam zbyt pięknych. (nie tylko z gór)

Jak zaczęła się fascynacja ścianą Młynarzowych Wideł?

Od szukania "ustronnego" problemu w przewodniku Paryskiego; Z opisu drogi WHP 1115 jasno wynikało, że prawa część ściany jest wolna... A zachęta, jaką usłyszałem od Mirka Budnego, który był tam wiosną, też zrobiła swoje; Jednak kiedy podszedłem pod nią po raz pierwszy w 1972 (z Krzyśkiem Ulanickim i Andrzejem Włodarczykiem ) i zobaczyłem "twarz" z okapów, jej powagę, to przyznam, że wpadłem w popłoch.

Ale wykręciłem się. Jeszcze "udało się" nie wejść w ścianę.

Za to wracałem tam w następnych latach z kolejnymi, nieświadomymi co ich czeka, partnerami.

Zabawne, bo potęgę lęku jaki poczułem na widok Młynarzowych Wideł, ktoś opisał później jako własne wrażenia.

Jeszcze zabawniejsze (?), że podał błędną datę (1972 zamiast 1974), co sprawiało wrażenie, jakoby o dwa lata ubiegł sam siebie! (i swoich partnerów z tego przejścia, w tym niejakiego "B") Że o innych nie wspomnę. Ale do założonej tezy publikacji... widać pasowało.

Wspinałem się dalej całkiem po amatorsku i styl jaki "prezentowałem" był fatalny (okazję porównania z czołowymi wspinaczami miałem co roku, na Zerwie).

Tak, że próbę przypisania mi wątpliwych "zasług" w jakimś powielaczowym przewodniku – wziąłem za żart. Tym łatwiej, że autorowi "przypasowało" jeszcze dziękować mi za pomoc... której mu nie udzielałem; – I to, blaga...(Z powstaniem publikacji nie miałem nic wspólnego; Ciekawe, że sam wydawca, PZA, zdystansował się wobec tego, co wydał.)

W połowie lat 70. była jeszcze fascynacja Rumanowym Szczytem i przykra niespodzianka, kiedy napotkany hak rozwiał marzenia o nowej drodze. Skończyło się na sporym wariancie omijającym klasycznie hakówkę na drodze Bakosza i Petrika.

Około roku 1980 wróciłem w Skałki i zacząłem trenować. Także na drzewach. Wspinałem się ze Zbyszkiem Okrasińskim; (jako pierwszy "przewędkował" Filar Wodnej Skały – i to chyba w pierwszej próbie!)

Próbowałem mu dorównać... ale bezskutecznie. (Choć i mnie udała się zmyślna "wędka" – tam, gdzie później powstało "Czerwone i czarne", ale nieco dłuższym trawersem, do wyłomu, i dopiero wprost w górę)

W Tatrach, wzrost formy wyraźnie dodał mi wigoru, także na nowych drogach, a praktyka z dawnych hakówek przydała się przy asekuracji. Z tamtych czasów bardzo podobało mi się "Senne marzenie" na Buczynowej Strażnicy (1985) nieco na prawo od Komina Pokutników. Jest tam jeszcze trochę miejsca...

Koniec dekady, to znów czas lęku; Czas oblegania Starego Schronu przez niedźwiedzicę Magdę (z młodymi), czas pasjansów, petard, konfabulacji, a nawet nieśmiałych wycieczek (na wschodnią Mięgusza; nowość z "Rybą", czyli Arkiem Kubickim, i z gromobiciem).

Lata 90. to już panel i kolejny powrót na Zerwę. Piękna "Promenada" z Aśką i Jaśkiem Wolfami. A po kilku dniach... śmierć Jaśka.

Jeszcze sezon, dwa, ostatnia (z założenia klasyczna) przymiarka do "twarzy" Młynarzowych Wideł (z Jackiem Czyżem). Potem Tatry poszły w odstawkę.

Koniec wieku i znów Skałki; Jeszcze w 1999 roku udało się poprowadzić nową drogę w Smoleniu (jak "Szybką depresją", ale od najwyższego spita trawers w prawo i samą krawędzią) dzięki wyjazdom z pewnym cierpliwym wydawcą; stąd drogę przezwałem "... i Spółka".

Do powrotu w Tatry namówił mnie dopiero niejaki "B" (który chce zachować incognito). I to z nim był "Trawers Tetryków". Tak wypadło, że na trawersie szedł akurat na drugiego, ale całą drogę KLASYCZNIE.

Polecam...

Żałuję tylko, że z braku energii nie wsparłem go jak należało w Dolomitach. A był w wyśmienitej formie w 2004 roku.

Wspominałem o siatkarzach, o sukcesie w który nie bardzo już kto wierzył i o tym, że "przez łzy, ale do szczęścia"; Przez pierwszych 30 lat wspinania łatwo zrażałem się niepowodzeniami a słomiany zapał wówczas przygasał...

Jednak jakieś niby "sukcesy", szkodziły mi chyba jeszcze bardziej. Bujna wyobraźnia nie pomagała; znajdowałem co innego, niż się spodziewałem... I nawet jak coś się udało, wybrzydzałem. (Mała dusza, mała radość.)

Bo tak najbardziej, to brakowało mi... sensu.

Dopiero kiedy przyśniło mi się, że po 30 latach przerwy poszedłem do spowiedzi i to do konkretnego księdza... dotarło do mnie, że nie jestem "pępkiem świata"! – No, jak było nie pójść?...

Szukałem SENSU... – A to ON mnie odnalazł.

Nie jestem towarzyski. Nie lubię zdawkowych rozmów, spotkań, WYWIADÓW!

Ale towarzystwo jest ważne. Zwłaszcza dobre. Mam na to przykłady:

• w 1926 roku, na pierwszej nowej drodze (Świnica WHP 32) Wiesławowi Stanisławskiemu towarzyszył mój ojciec – Zdzisław.

• w 1967 – na pierwszej nowej drodze (Kościelec – "Żółte Spaszty", w kwietniu) Ryśkowi Malczykowi – jak wynika z jego "kapownika" – towarzyszyłem ja.

• w 2004 – towarzyszyłem "B" na "Trawersie Tetryków" na Kazalnicy.

• w 2005 – przy Tobie, Kubo Radziejowski, straciłem całą swoją ostrość. – No, pod Zerwą, jak zgubiłem scyzoryk.

• w 2006 – moja córka, Dobrusia, towarzyszyła Teresie Włodarskiej, na swojej pierwszej wspinaczce w Tatrach. (Czy połknie bakcyla? – Może nie... Ojciec mój, szybko zraził się do wspinania – w jakimś kominku z siklawą. U mnie się to jakoś przeciąga.)

• w 2006 – o "ostatniej dziewiczej ścianie 2006 roku" może opowiedzieć Teresa ... albo Asceta. Bo ja, podobno, jestem małomówny.

Chciałbym jeszcze zrobić nową drogę z tajemniczym B, w Tatrach.

A on mi chce założyć stronę, w internecie.

Chyba już woli młodszych... (ma jednego na oku). Fakt, że urodziłem się dawno.

Ale to, że jestem "wspinaczem niedzielnym" – i przez tyle niedziel?

To BOGU DZIĘKI.

A za wywiad... też, dziękuję.

Jan
4 grudnia 2006


* Notatki, z niewielkimi późniejszymi poprawkami, powstały jako materiał do rozmowy dla Biuletynu Uniwersyteckiego Klubu Alpinistycznego. Rozmowa odbyła się następnego dnia. Okazało się, że przygotowany materiał i moje odpowiedzi nie zawsze pasowały do pytań, którymi zaskoczył mnie redaktor Jakub Radziejowski. Wywiad ukazał się w 9. numerze Biuletynu UKA (BUKA). Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •