(Tetryk Starszy)

LAURKA 2014

Laurka na rok 2014 ma formę nietypową. Może nawet nieco wydumaną. Przynajmniej dla niektórych tetryków. Tym razem nie chodzi mi o to, czego zamierzam życzyć, ile o to – KOMU.

Ale może po kolei.

• • •

Zapewne są takie miejsca, które szczególnie przyciągają.

W połowie czerwca 2012 roku odwiedziliśmy z Małżonką kilka tatrzańskich dolin. Spacer Doliną Białej Wody tak się Żonie spodobał, że kolejnego dnia zażyczyła sobie go powtórzyć. Tak to, mimochodem, dotarliśmy nad Zielony Staw w Dolinie Kaczej. Nad nami bielała jeszcze zaśnieżona wisząca dolinka, Kaczy Bandzioch.

Nie wiem na ile różne miejsca potrafią przyciągać… W sierpniu 2012 roku odnosiłem wrażenie, jakby mój wewnętrzny GPS był konkretnie zaprogramowany. Może przejdę do przykładów.

• • •

3 sierpnia 2012 roku

Brodzę w wysokich trawach nad Zielonym Stawem. Ktoś błądził tu przede mną i wydeptał trasę pełną pułapek. Co i rusz wpadam w głębokie wykroty. W powietrzu i na niebie niepokój… W głowie stopniowo narasta pulsujący ból.

– Co robić? – pytam sam siebie. Obłoki panoszą się coraz bardziej i niewiele pozostało błękitu. – To dobrze – pocieszam się, bo w pełnym słońcu bym pewnie wyparował. Tak docieram na skraj Kaczego Bandziocha.

Głowa pęka… Łykam panadol. Godzina 13. W oddali słychać pierwszy grzmot.

Niebo nad masywem Młynarza ciemnieje.

– Co robić, co robić… – z irytacji papuguję sam siebie. Ktoś mówił, iż niektóre papugi są tak przemądrzałe, że aż strach z nimi rozmawiać. Tymczasem cel mojej wędrówki, Żelazne Wrota i Śnieżna Galeria, zdają się jakby coraz bardziej oddalać. Znów grzmi. Pora kończyć rozmowy z bólem głowy i zmykać.

Im niżej, tym mniej łupie w głowie. Kiedy docieram do szlaku z Doliny Litworowej zaczyna się solidne gromo- i gradobicie.

• • •

8 sierpnia 2012 roku

Tym razem wszystko idzie, jak się patrzy. Ale niby jak ma iść, skoro jestem w dobrym towarzystwie. Lubię chodzić w góry z Teresą. Mam z naszych wypraw same dobre wspomnienia.

Pogoda i humory dopisują. Idzie się nam dobrze i zatrzymujemy się tylko z rzadka, żeby coś zjeść lub pstrykać zdjęcia. Pod koniec podejścia robi się trochę stromo. Stajemy na przełęczy i gapimy się na drugą stronę. Dwa stawy.

Ze Wschodnich Żelaznych Wrót widać Zmarzły Staw w Dolinie Złomisk i Popradzki w Mięguszowieckiej.

Patrzymy i nie możemy się napatrzyć… Śnieżnej Galerii niestety nie ma tym razem w planie. Czas wracać, bo mamy umówione spotkanie z Witkiem na zejściu z progu Doliny Kaczej.

Jeszcze tylko spojrzenie na Zielony Staw. Odrzucam kijki, żeby zrobić zdjęcie. Dzikim pszczołom moje kijki najwyraźniej się nie spodobały! Mnie ich pamiątki też nie. Zwłaszcza następnego dnia, kiedy puchną i wypada odwiedzić lekarza.

• • •

20 sierpnia 2012 roku

Jeszcze wczoraj, gdzie nie spojrzałem, atakowały mnie z witryn prasowych dwa słowa: ODPUŚĆMY SOBIE. Ciekawe… O własnych grzechach nie chcą nawet słyszeć, za to są pierwsi do odpuszczania win. Sobie i swoim – palce lizać. Zostawiam wątpliwe owoce medialnego drzewa wiadomości i ruszam w Tatry.

Prognoza pogody zgadza się, co do joty; ani chmurki, żar leje się z nieba. Mijam Zielony Staw i podchodzę pod Gerlachowskie Spady. Kiedy staję na skraju Kaczego Bandziocha, zapominam po co przyszedłem. Góry dziwnie wyolbrzymiały. Czuję się jak krasnoludek w dekoracjach z innej bajki. W za dużych dekoracjach. Niby to wiem, że chcę pójść na Śnieżną Galerię, trawersem z jednych Żelaznych Wrót na drugie. Jednak słońce praży tak niemiłosiernie, że chyba nie jest to pogoda odpowiednia dla krasnali… A propos – jeśli wierzycie w krasnoludki, to czy tylko w samczyki, czy w samiczki także? Po prawdzie, lepiej zostawmy te sprawy dla dorosłych.

Będąc niemłodym już krasnalem… – Wróć! To nie tak.

Będąc niemłodym już samczykiem… – Jeszcze raz!

Będąc niemłodym już… pod wpływem upalnego słońca myślę tylko o jednym: gdzie skryć się w cieniu!!

Żelazne Spady zalewa powódź światła. Łażę zygzakiem to tu, to tam.

Przed czterema laty patrząc z Żelaznych Spadów w kierunku wierzchołka Zasłonistej Turni dostrzegłem szczególny wybryk granitu – głownię skalną z rozwianym płomieniem. Teraz jest ona nade mną.

Podchodzę w jej kierunku i chowam się w cieniu pod dużym głazem. Trwam tam czas jakiś, póki nie zdaję sobie sprawy, że nie jestem sam… Przez rozgrzane powietrze dobiega jakiś dźwięk. Stuknięcie kamienia o kamień. Niby mógł się sam osunąć… Ale po pewnym czasie odgłos się powtarza. A po przerwie znowu. I znów.

Ktoś tu jest!

Słońce razi w oczy i nic nie mogę wypatrzyć. Dźwięk, z przerwami, powtarza się jeszcze parokrotnie. Nie otwieram foliowej zgrzewki z kabanosami, pamiętając jak świetny węch miewają misie. Teraz to już całkiem na serio zachciało mi się do domu.

Stojące powietrze ogarnia skwar południowej godziny. Czas jakby się zatrzymał. Tylko bezruch i cisza…

– Zatem można wracać.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na Zielony Staw. Od miejsca, skąd wypływa potok ku Kaczej Siklawie, rozciąga się na tafli jeziora migocząca srebrzysta linia. Kiedy sięgam po aparat fotograficzny, zanika.

• • •

Co, prócz adresu, może łączyć te trzykrotne odwiedziny Kaczego Bandziocha?

Ni z tego, ni z owego, przypominam sobie inne zdarzenie. Było to dwa lata wcześniej, także w sierpniu, na obozowisku Szałasiska. Zaprzyjaźniony malarz – Szyszka (Mirosław Koprowski) – położył na trawie przed namiotem obraz, nad którym właśnie pracował, przedstawiający mur Mięguszowieckich Szczytów w słońcu nad chmurami (obecnie wystawiany jest pod nazwą „Serducho płonie”). Natrętne nagabywania przybyłych na ten niespodziewany wernisaż widzów sprawiły, że artysta wydobył spod podestu dwa mniejsze obrazy. Były to jednakowego formatu płótna nad którymi także aktualnie pracował (las nocą i las w księżycowej poświacie).

Ktoś z obecnych rzucił śmiałą myśl, że to tryptyk. Niemniej jednak próby dostawienia mniejszych obrazów do boków większego nijak nie zadowoliły koneserów doskonałości. I wtedy ktoś, chyba ja, nieco odsunął boczne obrazy od centralnego. W ten sposób powstała na kilka chwil ulotna kompozycja… – Tryptyk niedosunięty – oznajmił zaaferowany pomysłodawca. A potem zapanowało dość uprzejme milczenie.

(Tu drobna dygresja: następnego dnia, wczesnym rankiem, Szyszka zwinął cały swój artystyczny majdan i podążył do miasta Łodzi, by poznać czym jest szczęśliwe ojcostwo).

• • •

Ponownie wracam myślami do Kaczego Bandziocha. Trzy wędrówki, trzy obrazy, trzy opowieści. A więc tryptyk. – Na ile dosunięty?

Wspomniałem wcześniej o swoim wewnętrznym GPS-ie. Prowadził, wskazywał mi drogę. A co z prawdą i życiem… Do dziś nie wiem, tak do końca, czego szukałem w Kaczym Bandziochu.

Uprzedzając życzliwe zapytania, czy „niedosunięcie” może dotyczyć także ludzi (więc i mnie), śpieszę z odpowiedzią: – Mam nadzieję, że tak. Bogu dzięki.

• • •

A TERAZ…

Pozwól, że złożę Ci
SERDECZNE ŻYCZENIA POMYŚLNOŚCI
w Roku Pańskim 2014.
Bez względu na stopień jego dosunięcia do lat poprzedzających i następujących po nim.

tetryk starszy

Post Scriptum

Laurka na rok 2014 ma formę nietypową. Może nawet nieco wydumaną. Przynajmniej dla niektórych tetryków. Tym razem nie chodzi mi o to, czego zamierzam życzyć, ile o to – KOMU. Chciałbym z tego miejsca życzyć zdrowia wszystkim zwolennikom lat niedosuniętych. I zim.

Z poważaniem – Jan
Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-06-13
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •