(Tetryk Starszy)

KOPCZYKI

To było zwykłe, senne popołudnie.

W pogodnym nastroju akurat włączyłem sobie radio. A tu naraz słyszę, mniej więcej coś takiego, że niby "informacja jest pierwotna względem materii"! I że tak ma uważać jakiś spec od kwantów. Może się przesłyszałem albo coś przekręciłem?... I pomyślałem jeszcze, że tym to już na pewno nie powinienem się zajmować, skoro dwukrotnie oblałem egzaminy wstępne na Fizykę.

Jednak pogodny nastrój gdzieś się ulotnił. Chciałem sprawę zakończyć i już do niej nie wracać.

– No, tak... Ale na chłopski rozum, to potrzebny chyba jakiś zamysł, żeby...

– No, właśnie – rozważałem dalej – żeby co?

– Żeby było coś dalej... Żeby mógł być ciąg dalszy... Najpierw zamysł?

Tego roku budowałem kopczyki. Bez zamysłu.

Piramidki, kopczyki z kamyków układa się jako punkty orientacyjne. Zwykle są drogowskazami albo oznaczają cel, kres drogi jako znak, ślad bytności. Sam nie wiem jak to się stało, że ustawiłem kopczyk przed namiotem. Bo pod namiotem spędzałem lato 2007 roku. W Tatrach. Nie wiem czemu ani po co powstał pierwszy kopczyk; następne piramidki pewnie już z rozpędu. Pytany przez ciekawskich, co mają oznaczać lub dokąd prowadzić moje kopczyki, bezradnie rozkładałem ręce. Później, żeby zbyć natrętów, wymyśliłem chytre wyjaśnienie, że skoro obok mieszka dyplomowany artysta plastyk, to są to "takie rzeźby".

Magister Artysta ukrywał się na polu namiotowym używając pseudonimu "Szyszka". W chwilach kiedy Wena opuszczała Szyszkę udawaliśmy się w góry w celach wspinaczkowych. Żeby dogodzić jego twórczym aspiracjom, podsuwałem mu, raz w tygodniu, jakiś nieprzebyty kawałek urwiska. W ten sposób wytyczał Szyszka nowe drogi i warianty, a mnie pozostawało tylko przejść za nim, sprzęt posprzątać i wystawić notę (w dziesięciostopniowej skali trudności bywało to zwykle między VI i VII).

Wróćmy jednak do tematu.

Początkowo sąsiedztwo moich kopczyków i Artysty nie było brzemienne w skutki. Prawda, że jakiś czas kopczyki i Szyszka nie wchodzili sobie w drogę. Choć niekiedy dopiero akrobatyczne ewolucje pozwalały im uniknąć wzajemnej kolizji. Co innego "nocne Marki" wałęsające się po omacku między namiotami późną nocą... Ci bez skrupułów włazili na kopczyki, potykali się o nie. Wprawdzie rano wznosiłem je na nowo ale to już nie były tamte, niepowtarzalne "rzeźby".

Tu krótka dygresja na temat włażenia na kopczyki: niejaki Tetryk Młodszy, zdobywca różnych Trawersów i Filarów (Brawo Tetrycy!), próbował tego roku wejść na wieńczący pewną turnię kopczyk (nie do końca udanie). Zapytany o motywy stwierdził, że zawsze tak robi; żeby zaliczyć szczyt, znaczy najwyższy punkt. A ja naiwnie myślałem, że chciałby pójść... do nieba. – Ale i tak – brawo Tetrycy!

Mijały noce. Mijały kopczyki... Ale za dnia stawiałem nowe. Powstawały też obrazy. Olejne, na płótnie. Artystą płodnym będąc, Szyszka tworzył wciąż nowe tatrzańskie pejzaże. Co dnia też przybywała publiczność, by oglądać skończone już obrazy i na żywo przyglądać się powstawaniu nowych. Najwnikliwsi starali się uchwycić w nich "jądro największych wrażeń"!

Pewnego dnia, z końcem sierpnia, wśród widzów zapanowało poruszenie i konsternacja. Oto bowiem w tatrzańskim pejzażu, na olejnym płótnie, pojawił się.. kopczyk! A dokładniej "rzeźba" sprzed mojego namiotu. Niewiele później drugi... i trzeci. Poszukiwacze "jądra" cmokali z zadowolenia. Kiedy na kolejnym płótnie kopczyki uniosły się nieco i poczęły lewitować... dyskusjom nie było końca.

Następny obraz przyjęto jednak z pewnym dystansem. Kamienie, z których uprzednio składały się kopczyki, unosiły się teraz oddzielnie, każdy sobie.

Z "jądrem" nie było już chyba tak łatwo...

Kiedy, na kolejnym płótnie, Szyszka zobrazował zwykłą tatrzańską panoramę, wśród widzów długo panowało milczenie.

– A gdzie kopczyki? – spytał ktoś wreszcie.

Artysta tylko rozłożył ręce.

– Odfrunęły? – pytano nieufnie.

Ale ręce Szyszki pozostały niewzruszone.

Ten sam gest zobaczyłem znowu, kiedy z początkiem września wróciłem do domu.

– Co się stało?! – pytałem. – Gdzie są meble?!?

Małżonka moja, z niewinną miną, tylko rozkładała ręce... Na dostawę zamówionych, nowych mebli trzeba było nieco poczekać.

Kolejne dni po powrocie spędzałem wśród stert i piramid kaset magnetofonowych. Starałem się posegregować je i posortować. A były ich setki. I pośród tych setek trafiłem na kasetę, która nie była podpisana. Kiedy włączyłem magnetofon okazało się, że to koncerty skrzypcowe. Na samym końcu taśmy zwrócił moją uwagę jakiś fragment na dwoje skrzypiec. Cofałem taśmę i słuchałem... Wiele razy. Najwyraźniej za wiele, bo taśma wkręciła się w magnetofon i przekręciła na lewą stronę. I jak tu słuchać muzyki "od końca"? Próby odwrócenia taśmy na właściwą stronę skończyły się jej zniszczeniem.

Ale nie, nie zapomniałem tej melodii. To znaczy motywu, który w niej powracał. To było jakoś tak... trzykrotnie to samo: "Tu, tu, ru-tu-tu"... Za to za czwartym razem po "tu, tu" wjeżdżała cała kapela. No, smyczki. Może to Vivaldi?... Oj, za czwartym razem cała kapela wprost odlatywała. No... tak, jakby odfruwała!

– Jak kopczyki! – olśniło mnie. – No... i meble.

W górach zaś w dzień po moim wyjeździe spadł śnieg. Poprzewracał, podarł namioty. Więc nie tylko kopczyki, ale i ja zdążyłem do "ciepłych krajów". Kapela cała poodfruwała... Jest takie stare hinduskie przysłowie, które mówi: "Czego się nie rozumie, to się podziwia."

To niby informacja poprzedza materię, czy na odwrót? Oj, gdyby z czasem stało się to, co z taśmą magnetofonową... i czas zaczął się cofać! Gdyby kopczykom zachciało się wrócić... (o szafach i regałach lepiej nie myśleć). Informacja mogłaby okazać się spóźniona.

Tylko czy aby kopczyki mogą mieć jakiś zamysł?

– Więc KTO?

Ale co do "jądra"... jasności nie mam.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-06-13
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •