(Tetryk Starszy)

LINIA PODZIAŁU

Lato 2015 roku rozpoczęło się zgodnie ze wskazaniem kalendarza w niedzielę 21 czerwca. Niczym szczególnym się nie wyróżniało, póki w lipcu nie nastały upały. Falami skwar narastał, słabł i od nowa... Było to coraz dokuczliwsze, zwłaszcza kiedy temperatura sięgała 30 stopni Celsiusza. Aby nie ulec przegrzaniu, wychodząc z domu poruszałem się głównie zacienionymi stronami ulic. O ile było to tylko możliwe, unikałem wszelkich wysiłków fizycznych. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że pochłaniałem wiele płynów.

Są tacy, którzy lubią upały, znam też jednak zwolenników umiaru, bo nie każdemu skwar dobrze służy. Można próbować różnych sposobów, by złagodzić skutki upału. Pomagają o tyle, o ile... Ja na ten przykład jestem posiadaczem urządzenia zwanego klimatyzerem. Stoi sobie toto, szumi, chłodem wieje i pochłania więcej energii niż upału. Ma jedną istotną zaletę – kółka. W związku z tym nie trzeba samemu się przemieszczać a wystarczy zręcznie przesuwać klimatyzer.

W okresie trwania upałów wolny czas pożytkowałem na relaks oraz lekturę. W ten sposób przebrnąłem między innymi przez około 450 stron pracy naukowej w której tytule zawarta jest niepokojąca teza: „Poza granicą solidarności”. Autorem tej pozycji jest zawodowy historyk – dr. Ewa Kurek*, zaś tematem opracowania są stosunki polsko-żydowskie. W odróżnieniu od jednostronnej w wymowie antypolskiej publicystyki, praca ta zrównoważona jest racjami obu stron (bazując na źródłach żydowskich). Tymczasem skwar tężał.

W pierwszej dekadzie sierpnia dała się zaobserwować niebezpieczna tendencja. Temperatura przekroczywszy 30 stopni co dnia nadal rosła, osiągając 8 sierpnia 36 stopni. Uznałem, że mam już tego po dziurki w nosie. Perspektywa prognozowanego również na kolejny dzień trzydziestosześciostopniowego upału doprowadziła mnie do takiej desperacji, że w poszukiwaniu cienia i chłodu wyruszyłem w Tatry.

Co było, to było – na szczęście się skończyło. Z pobytu w Tatrach zapamiętałem właściwie tylko jedno. Czas spędzony na Mięguszowieckim Szczycie Czarnym. Ściślej biorąc trzy godziny. Wciśnięty między bloki skalne tworzące na wierzchołku rodzaj osłony, zapadłem w bezruchu. Trwałem na granicy cienia i światła. Jednocześnie również na granicy między Polską i Słowacją. Linia graniczna przebiegała dokładnie przeze mnie. Trwając tak, po pewnym czasie zaniepokoiłem się, co się dzieje. Nie miałem sił by się ruszyć a tymczasem zaczęły przychodzić mi do głowy coraz bardziej dziwne myśli. Czyżby przebiegała w tym miejscu jeszcze jakaś inna granica; na przykład dzieląca życie od śmierci. Albo linia podziału na to, co jeszcze rzeczywiste i to, co już nie. Dzieląca realność od fikcji. A może też i prawdę – od... No, właśnie – od czego?

• • •

Z satysfakcją przyznać muszę, że pobyt w Tatrach wywarł na mnie zbawienny wpływ. Zwłaszcza zaś kojący cień i chłód północnych urwisk, które tam znalazłem. Przywróciły mi nadwyrężoną poczytalność. Nasuwa się jednak pytanie, co by się zdarzyć mogło, gdybym nie umknął z rozpalonego upałem miasta...

Po powrocie z gór, uzyskałem chyba wystarczająco wymowną odpowiedź. Otóż, poniżej poziomu moich okien znajduje się płaski dach od lat nieczynnego kina. Chcąc, nie chcąc, trudno nie zauważyć zmian w kolekcji zalegających na nim przedmiotów. 18 sierpnia zaobserwowałem nowość; rozłupany na dwoje geograficzny globus ziemski. Najwyraźniej któryś z okolicznych mieszkańców doznał głębokiej frustracji w efekcie szoku z przegrzania.

Nic nie poradzę, że – zdaniem mojej Córki – przywodzić to może na myśl apokaliptyczny koniec planety Ziemia. Zaniepokojony sprawdziłem, czy aby z mieszkania coś czasem nie zniknęło... Z ulgą uświadomiłem sobie, że żaden model globu nigdy nie zdobił naszego mieszkania. – Uff!

Po przyjrzeniu się lokalizacji rozłupanego obiektu uznałem, że absurdalnego rzutu globusem mógł dokonać wyłącznie lokator sąsiedniego wieżowca. Dla porządku dodam, że sprawcą nieporzadku musiał być więc desperat przebywający w domu przy ulicy Zgoda).

Przypomina mi się usłyszana kiedyś przestroga – uważaj na pokrzywdzonych! Trudno zgadnąć w jaki sposób i na kim spróbują swoje krzywdy wyrównywać. Także te mniej lub bardziej wymyślone. A że historia pełna jest krzywd, więc i w rewanżu aktów odwetu.

Intencje ludzkie bywają trudne do odczytania. Nie umiem zgadnąć, co dla „globomiota” z ulicy nomen, omen – Zgoda – mogło być motywem dla podobnego ekscesu. A jeśli była to manifestacja niezgody, to na co? Nie wiem też, jak obszedł się w krytycznym czasie ze współmieszkańcami lub sąsiadami. Być może opresja dojmującego upału nie była tu wcale kluczowa.

• • •

To, co wygląda, jak wygląda, może mylić. Przez wiele lat nie mogłem pojąć, dlaczego ktoś może kogoś innego, zdawałoby się bezinteresownie, obgadywać. Zrozumiałem doświadczywszy tego na własnej skórze, kiedy i mnie ktoś dorabiał czarną legendę. Przypadkiem poznałem jaki mógł mieć motyw – okazało się, że błahy i prozaiczny. Ten ktoś sprzeniewierzył pieniądze które znalazły się w jego rękach. To była bardzo drobna kwota. Niemniej, skoro pochodziła ode mnie, postanowił odciążyć swoje sumienie moim kosztem. – Jak? – „Uzasadniając”, że sprawa dotycząca kogoś tak nie zasługującego na szacunek ani na zaufanie (jak ja) nie może obciążać (JEGO).

Nauka nie poszła w las. Słuchając różnych zarzutów czy oskarżeń staram się nie dawać łatwo wiary „słusznie oburzonym”. Próbuję raczej dojść do tego, co jest pod przykryciem.

Podobno piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami. W takim razie, gdzie się podziewają złe... Ta sama intencja może przynosić różne skutki. Przypatrzmy się muzyce; ten sam utwór, zależnie od wykonania, bywa inaczej odbierany. Prócz intencji, pożądana jest dobra interpretacja.

Przed dziesiecioma laty wiele razy przysłuchiwałem się pewnemu nagraniu. Był to fragment, część utworu o którym nic nie wiedziałem. Ot, nagrałem coś z radia na zasadzie odruchu. Słuchałem i cofałem, słuchałem i cofałem taśmę tyle razy, aż magnetofon wkręcił ją i zniszczył.

Dzisiaj myślę, że było to ostatnie Allegro z Concerto grosso numer 10 opus 6 J.F.Haendla. W internecie jest wiele nagrań tego utworu. Szukałem, nie znalazłem. „Moje” nagranie, prócz błądzącego gdzieś w pamięci powracającego motywu, miało szczególny walor. Fala radiowa odpływała i wracała; muzyka na przemian przycichała i narastała. Jak gdyby kolejne fale płynęły z jakiegoś innego wymiaru...

„Falowanie” przypomniało mi się w innych okolicznościach. Chciałem zobaczyć jakie opinie zebrała przestudiowana przeze mnie książka dr. Ewy Kurek. I tu, duże zaskoczenie. Jeden z wpisów głosił coś, czego w tej książce nie znalazłem! A dalej kolejne zaskoczenie; po wejściu w tak zapowiedzianą treść ukazał się falujący napis: JESTEŚMY NIELUBIANI. Ciekawe – jak ma się mieć coś, czego nie znalazłem – do „nielubienia”. Może to ja coś pokręciłem a nie ci, podobno nielubiani.

Założenie, że „jesteśmy nielubiani” (zwłaszcza, jeśli bez powodu) może w pierwszej chwili nie budzić wątpliwości. Ale może też być wygodne, by oskarżyć innych, jakoby nas „nielubiących”. Na przykład odwracając przyczynę i skutek; że to niby my przez tych, których nie lubimy – a zarazem wobec których nie jesteśmy w porządku – jesteśmy „niesłusznie” nielubiani. Zderzenie różnych porządków: minięcie się z prawdą – a obok – jakby skarga, że jest się nielubianym. – To niezamierzone?

• • •

Kiedy ktoś czuje się lepszy albo gorszy od innych, mamy kłopot. Nie wiadomo, co z tym fantem pocznie. W sercu które zaślepło łatwo może zakorzenić się pycha lub pogarda. W istocie to, co mam – dar, talent – nie tyle są moje, ile mi zadane. Bywają jednak ludzie, którzy mają się za wybrańców. Albo za pokrzywdzonych. Łatwo wtedy o porównywanie się, zazdrość wobec innych a stąd już o krok dalej zawiść. Tymczasem moje własne, to może być gapiostwo lub przypadłość schematycznego myślenia. Na przykład z cyklu – „tylko inni są winni” i kurzej ślepoty wobec siebie samego. Mamy kłopoty jako obdarowani; czy otrzymane dary są po to, by je przywłaszczyć, czy raczej po to, by się nimi dzielić. Zaraz pojawia się pytanie... z kim. Czy sprytni mają być sprytniejsi kosztem innych? A kto niby ma być tym innym i z jakiej racji.

Tak łatwo o uproszczenia. Zero-jedynkowa wizja świata może mieć wiele odmian. Pół żartem, pół serio, może wyglądać na przykład tak: – bić albo nie bić, wiać lub pozostać, łgać albo nie łgać, nasi lub obcy... Dla zobrazowania wersji „moje podwórko i reszta świata” mam taki dialog:

– Ci, to są od nas.

– A ten „gościu”?

– Nie od nas, ale jest nasz.

– No, a tamci?

– Eee... tamci, to jacyś gnoje.

To ciekawe, że ludzie wygłaszający monologi niejednokrotnie uważają jakoby uczestniczyli w dialogu; jak gdyby ruch dwustronny możliwy był w jednokierunkowej uliczce. Inny paradoksalny przypadek stanowią tropiciele. Ci potrafią uporczywie tropić u innych to, co sami kryją na dnie serca. A obok nich różni spece od przesłaniania dużego małym, całości fragmentem, tego co istotne – błahostką oraz myślenia – emocjami. Zawsze intrygował mnie syndrom „własnego podwórka”. Zapewne dawno już został opisany, tylko o tym nie wiem.

Wróćmy do widoku z mojego okna. W sierpniu 2015 roku prezentował się on następująco:

Obie półkule ziemskie spoczywały zgodnie tuż obok siebie. W obu przypadkach imponujący, żywy błękit oceanów wyraźnie dominował nad pozostałymi geograficznymi szczegółami. Jak gdyby wciąż jeszcze był jakimś łącznikiem. Potem stopniowo barwy blakły, blakły aż wyblakły do tego stopnia, że pozostała tylko szarość. Dodatkowo, rok 2016 przyniósł początkowo dyskretne, następnie zaś coraz wyraźniejsze zmiany we wzajemnej konfiguracji biegunów rozłupanego globu.

W 2017 roku, na przełomie zimy i wiosny z dwóch poszarzałych półkul pozostała już tylko jedna:

• • •

W niedzielę 23 lipca dowiaduję się, że w najbliższy wtorek odbędzie się koncert chóru z RPA. Pierwsza myśl jaka mi się nasuwa, to „apartheid”. No tak, pomyślałem zawstydzony, ależ jestem nie na czasie. Nadal jednak byłem ciekaw tego koncertu.

26 lipca 2017 roku

Wczoraj wieczorem byłem na koncercie w Bazylice Świętego Krzyża. Wystąpił chór z przeciwnej, bo południowej półkuli naszego globu – z Pretorii w RPA. Nazywa się TUKS Camerata. Zaśpiewał pod dyrekcją Michela Barreta. To był fantastyczny wieczór. Jestem dalej pod wrażeniem brzmienia tej muzyki. Choć nie rozumiałem anglojęzycznych tekstów. Poza pieśnią opartą jedynie na trzech zdaniach. W tłumaczeniu, po polsku, znaczacych mniej więcej tyle:

Wierzę w słońce, nawet jeśli nie świeci

Wierzę w miłość, nawet gdy jej nie czuję

Wierzę w Boga, nawet kiedy On milczy

Wyglądam przez okno. Niewiele już zostało z rozłupanego modelu naszego ziemskiego globu. Jedna, zetlała, samotna, pokurczona szara półkula. A ileż to słów wypowiedziano i zapisano na temat dominacji jednej z półkul nad drugą. No i gdzie mam teraz szukać linii podziału między sensem a jego dojmującym brakiem w pękniętej naturze ludzkiej.

29 lipca. Dalej zachodzę w głowę, co niby nas ludzi dzielić może. Czyżby wystarczał byle drobiazg, jakiś nasz drobny błąd, nielojalność do której nie zechcemy się przyznać, byśmy w miejsce siebie gotowi byli obwinić innych. – I jakich znowu „innych”? Podobno najwięcej gromów spada na głowy ludzi szczerych i bezinteresownych. Od jutra ma nadciągnąć fala upałów. I burz. Przynajmniej na tydzień. Ukradkiem zerkam w stronę klimatyzera. Stoi sobie cichutko w kącie. No, myślę, chyba pora będzie znowu przyjrzeć się sobie wzajem...


* Ewa Kurek, „Stosunki polsko-żydowskie 1939–1945. Poza granicą solidarności”, wyd. Bollinari Publishing House, Wydanie II, Warszawa 2015

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-12-03
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •