(Tetryk Starszy)

MIMOCHODEM

30 lipca zmarł Profesor Tadeusz Orłowski. Drogi jakie wytyczył w Tatrach to odważne klasyczne wspinanie, a przejście na Galerii Gankowej było dla taternictwa przełomowe. Na nizinach podejmował problemy nie mniej trudne.

2 sierpnia przeszliśmy z Mirkiem ("Szyszką") drogę Orłowskiego. Weszliśmy na Mnicha ale myśli nasze biegły ku Galerii Ganku.

W niedzielę 3 sierpnia dostałem od Ryby wiadomość z której wynikało, że we środę mamy wspinać się na Kieżmarskim Szczycie; we trójkę, wraz z (jak napisał Ryba) "Owocem Drzew Iglastych". Rzeczony Owoc nie oponował. Nazajutrz jednak była ulewa, więc wypad na Kieżmarski przełożyliśmy o jeden dzień. We wtorek już nie padało. Doliną płynęły na przemian fale skwaru i chłodu. W kolejny dzień najrozsądniej byłoby relaksować się i nabierać sił, by we czwartek o godz. 5.15 Ryba zabrał nas samochodem z Palenicy pod Kieżmarski. Plan był dopracowany perfekcyjnie we wszystkich szczegółach. Tak.

Żeby jednak nie popadać w marazm postanowiliśmy wybrać się na spacer. Do Doliny Ciężkiej. Pomysł wydawał się trafiony tym bardziej, że przy okazji można było zabrać z koleby pozostawiony tam przez Szyszkę malarski depozyt.

Środa 6 sierpnia. O 5 wstajemy, o 6 ruszamy. Towarzyszy mi niestety jakaś niestrawność. O 7 Biała Woda, o 9 Ciężka. – Oj, Ciężka… Całe szczęście, że mój towarzysz ma leczniczy węgiel. Łykam pięć tabletek i mam być jak nowy.

Upał. Parasol to niewystarczająca osłona przed słońcem. Z kolei w kolebie "klimatyzacja" niczym w Expresie "Tatry" i ciągnie po plecach jak sto pięćdziesiąt. Nie wiem gdzie się ukryć… Tymczasem Szyszka odnalazł swoje blejtramy, które zostawił tu przed rokiem. Ale coś nie jest zadowolony; minę ma niewyraźną.

Jemy słodycze i chlebek, rozglądamy się, znów jemy. Niektórzy chlebek. Od rozglądania – i upału – mam zawroty głowy. Z kolei mój towarzysz nie może już usiedzieć i… chce się wspinać! Okazuje się, że niby to przypadkiem, ma cały niezbędny sprzęt. Nad nami sterczą Młynarzowe Widła, moja ulubiona ściana, więc proponuję którędy można najprościej i żeby się nie zmęczyć.

Szyszka wspinał się solo nie raz, nie dwa, więc martwię się nie o niego, a o siebie. Co będę robił w tym rajskim zakątku przez kilka najbliższych godzin? Patrzę bez entuzjazmu, jak mój towarzysz obwiesza się sprzętem.

Mętlik w głowie, węgiel w brzuchu, ręce opadają. Sięgam po telefon komórkowy, jakby mogło to cokolwiek pomóc. A tu wiadomość: Ryba donosi, że ma partnera i że pójdziemy we dwa zespoły! Czytam na głos. To całkiem zmienia sytuację; rezygnujemy z Kieżmarskiego i nie musimy się już nigdzie śpieszyć.

– Może za jakiś czas – zastanawiam się głośno – dojdę jednak do siebie.

– W życiu! – podsumowuje Szyszka ni w pięć, ni w dziewięć.

Ale "wisiorki" i "breloczki" oraz inne ozdoby, czyli sprzęt, wracają do plecaka. Znad rajskiego Ciężkiego Stawu przenosimy się do górnego piętra doliny, na łączkę nad Zmarzłym Stawem. Wokół kamienny świat. Groza, itd.

Wylegujmy się, wypoczywamy aż mamy potąd… Szyszka idzie szukać koleb pod Pustymi Turniami. Po pewnym czasie i ja ruszam za nim. W głowie zamęt i zawroty. Z lekka zataczając się zaglądam pod największe wanty. Ale też zerkam na ścianę nad nami. No, no… Z prawej i w środku kominowate rysy, z lewej prostokątne zacięcie. – Tutaj, między rysą a zacięciem, całkiem ładnie wygląda i pewnie by puściło – włącza mi się "pilot automatyczny". – O, lewym skrajem "seledynu" a wyżej "pomarańczy" – myk, myk, myk… chyba by się dało!

– A koleby całkiem tu pozbawione komfortu.

Mija godzina, może dwie, zawroty głowy nieco ustają. Tyle, że jestem słaby. Wracam do plecaków, gdzie zaległ już mój towarzysz. Patrzę w niebo. Nic nie wróży deszczu. Patrzę dalej i konstatuję, że to stamtąd przyfruwa UFO. Lub pewien znajomy spadochroniarz…

– A w życiu! – wypala już nie w pięć, ale w dziesięć, Szyszka. – Daj mi z nim spokój! – mówi jakby czytał w moich myślach. – Co ty ciągle o nim?!

– O co chodzi? – pytam zdziwiony.

Wprawdzie wcale nie wspominałem ani o UFO, ani o Tetryku Młodszym, jednak wyczuwam, że we wspinaczu, który zamiast działać obżera się słodyczami – narasta FRUSTRACJA! Z obawą czekam co będzie dalej. W parę chwil później, zanim się ugryzę w język, słyszę swój własny głos.

– Moglibyśmy pójść na Galerię.

– Na Galerię, na co? – pyta Szyszka.

– Na Orłowskiego – zaczynam zdanie, ale nie zdążam skończyć.

– Jasne, idziemy! – zapala się mój partner.

– Na Orłowskiego – kontynuuję zaczęte zdanie – to jestem zbyt osłabiony i mogę nie dać rady… Ale może na coś krótszego i łatwiejszego?

– Na co?! – słyszę w odpowiedzi.

– Na przykład na Kuchara; idzie się "klasyczną" pod tą jasną płytę i przez nią. Szóstka.

– Ale nie mamy schematu – odparowuje Szyszka. – A ja bez schematu nie lubię! – Zresztą na Orłowskim znam każdy jeden wariant. – dodaje.

– Chwileczkę!! – mówię stanowczo, lecz skołatany umysł nie podsuwa mi argumentów.

– A w życiu!! – oświadcza buńczucznie Szyszka i obżera się kolejnym batonem.

Czuję, że może być jeszcze gorzej.

– Orłowskiego przecież obaj znamy, a poza tym mogę nie dać rady – powtarzam.

Przyglądam się Szyszce i mam wrażenie, że staje się coraz bardziej "iglasty". Ponownie wyciąga z plecaka wszystkie zabawki, przegląda i zaczyna się nimi obwieszać, jak choinkę.

– Pójdę gdzieś solo! – oświadcza znów przyjmując sztywną pozycję negocjacyjną.

– A ja – dopowiadam w myślach – będę tu bezczynnie czekał martwiąc się czy nie zrobi sobie czasem jakiegoś "kuku", albo czy nie dopadnie nas tutaj noc. Wiem, że Szyszka może mnie przeciągnąć przez każdą drogę, tylko czy ja to przetrzymam?... Opada mnie zniechęcenie. Wtem, wiem:

– Można tu spróbować! – mówię wskazując na ścianę nad nami. – Jakbym się źle poczuł – dodaję – da się łatwo zjechać…

Szyszka nie mówi nic. Nic nie mówi, ale po chwili obwiesza się dodatkowym sprzętem. I nadal milcząc rusza.

– "Kupił" pomysł – zastanawiam się – czy nie?

Zanim zdążę założyć uprząż i buty znika.

– Szyszka!? – wołam zaniepokojony.

– Tu jestem! – dochodzi głos ze szczeliny między śniegiem a ścianą.

Tak to całkiem przypadkiem, zamiast uczcić na Galerii pamięć Zmarłego albo zwiedzić słoneczne płyty na Kieżmarskim, przeszliśmy "Mimochodem" – nową drogę na Pustych Turniach*. A konkretnie na Skrajnej. I choć trudności nie do końca skrajne jednak trzeci wyciąg piękny, chyba przypadłby Panu do gustu, Panie Profesorze…

– Nie mylę się, prawda?

Szałasiska, 20 sierpnia 2008


* Nie wiem czy Szyszka przebolał w końcu, że to nie Galeria Gankowa ani droga Orłowskiego, a do tego jeszcze bez schematu? Zwłaszcza, że mógł sam poprowadzić całą drogę, a i schemat też sam sobie jak najpiękniej wyrysować...

Zachodnia ściana Skrajnej Pustej Turni
z zaznaczoną trasą przejścia z 6 sierpnia 2008
(fot. Władyslaw Cywiński)
Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •