(Tetryk Starszy)

BLADOŚĆ

Idziemy do kościoła. Na roraty.

Ciemno, zimno, wiatr. Sam miód.

Aż tu Miła Moja, Małżonka, potyka się od niechcenia i mówi:

– Lewą nogą.

– Znaczy się, chłopczyka spotkasz... – wróżę na poczekaniu.

Idziemy dalej, ale Małżonka kontynuuje potykanie.

– I znów lewą – mówi z wdziękiem.

– To już dwóch chłopców – prorokuję – znaczy się patrol spotkasz.

– Ormowców – dodaję, żeby Miłej dogodzić – bo czasem podśpiewuje, że "gdy była chłopcem, chciała być ORMO-wcem..." (funkcjonariuszem Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej).

Idziemy dalej, Miła nic nie mówi zatopiona widać w sentymentalnych rozważaniach.

Czekam, czy potknie się znowu, tymczasem Małżonka zaczyna relacjonować, jak to jedna pani drugiej pani, nielubianej zresztą, chciała wpisać do komputera hasło: "dupa blada".

Chichoczemy trochę, ale i żal, że zarzuca się ciekawe pomysły...

Kiedy wracamy do domu jest mi smutno. A nawet bardziej... Bo znowu zimno, wiatr, a jeszcze księżyc w pełni blady świeci prosto w oczy.

I jest tak, jak w historyjce, która trzyma w napięciu; Trzyma i trzyma... a mnie, jakby wciąż dalej do świętości.

I księżyc w oczy, i... dupa blada.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •