(Tetryk Starszy)

ZAPISKI ZNAD PRZEPAŚCI

Spisywanie notatek nad przepaścią nie jest wcale łatwe. Ani bezpieczne. W każdej chwili można się omsknąć… I runąć!

Stąd też pewien mój pośpiech. Dlatego pominę wiele spraw, które majaczą mi w otchłani, lub tylko o nich wspomnę, by nie ulec oparom trujących studzien i nie spisywać gorzkiego „aneksu do przepaści”.

By nie utonąć.

Niemniej jednak, ze względu na przepaściste sąsiedztwo, siłą rzeczy zapiski będą chaotyczne.

1. O NIESPODZIANKACH

Listopad. Nastały chmurne dni. Bez słońca, dżdżyste, pociemniałe. Nastały dni mroczne. Nie trudno ulec nastrojowi jesieni i dominacji myśli pełnych mroku. A przecież to tylko jedna z możliwości…

Z akademickiego podręcznika pamiętam pewien obrazek podpisany całkiem niewinnym poleceniem, by określić z czym się patrzącemu kojarzy. Połowa obrazka była biała, połowa zarysowana. To była swojego rodzaju pułapka. Bo w zależności od tego jak spojrzeć, mogliśmy nadać istotną wagę części białej, lub części zarysowanej. Co ciekawe - jedni widzieli co innego, drudzy co innego. Zależnie od tego co zdominowało spojrzenie - w zarysowanej części widziano posępny profil mężczyzny, w jasnej zaś pogodny profil damy.

To miało nam pokazać jak łatwo ulegamy pozorom, sugestii i w efekcie złudzeniu.

Ale przejdźmy teraz dalej. Dużo dalej. W góry. Dla ułatwienia dodam, że chodzi o Tatry a na zdjęciu widać oddalony płat śniegu.

I co jeszcze widać? Nie wiem co, kto zobaczy. Który fragment zdjęcia przykuje czyją uwagę.

- Widzimy tylko skrawek - powiedziała moja Córka, kiedy spytałem co my tak naprawdę wiemy o rzeczywistości.

Czarna tafla stawu, płat śniegu, zawrotne spiętrzenie skąpanych w słońcu skał. A może raczej widzimy tyle, ile nam się wydaje. To tak, jak z oglądaniem fotograficznego negatywu – czasem wydaje się, że może przedstawiać co innego niż pozytyw.

Z przepastnych okolic, których dotyczy zagadkowe zdjęcie pamiętam głównie ściskający gardło strach! I to, że mój wspinaczkowy partner wyciągnął z plecaka a następnie otworzył duraluminiowy pojemnik pełen cebul i pomidorów. Po czym, kiedy wobec niemożliwości przełknięcia nawet śliny odmówiłem zaproszeniu, począł wspomniane warzywa z widocznym apetytem pochłaniać.

Jeśli widzimy skrawek, fragment, to tak też możemy pamiętać. Po czterdziestu latach (bez jakiegokolwiek kontaktu) amator cebul i i pomidorów - Witek - odezwał się. Przypadkowo trafił na mój adres i okazało się, że pamięta całkiem co innego. Mianowicie tętent stada kozic, które poderwały się do biegu w trawiastym kotle nad urwiskiem, które przebyliśmy.

Kilka nocy zużyłem na to, by z przepastnych głębin pamięci wyłowić tamten tętent…

I udało się! - Nadciągające chmury, mżawka, półmrok, mokre skały, trawy i wrażenie, że już po wszystkim, że jesteśmy już bezpieczni.

Nagle - tętent niewidzialnego stada kozic. Głośniejszy od mojego spłoszonego serca.

Skrawek, fragment, głębiny pamięci. Kiedy napisałem „Pożegnanie z Zerwą” usłyszałem od Muriel, że nie pożegnam się z urwiskiem, bo jest we mnie.

Skoro jest urwisko, to i przepaść… Przepastne głębiny pamięci. I niepamięci. Przepaść, której po ludzku nie da się zakryć, zasłonić, zniwelować, zasypać. Otchłań…

Jeśli nie zlękniemy się doń zajrzeć, co zobaczymy, niewiele? Zresztą czy to, co widzimy jest w istocie rzeczywiste.

2. O POMYŁKACH I BŁĘDACH

Mogę coś przekręcić, pomylić, a jednak zaryzykuję i opowiem o kilku pomyłkach. W Dolinie Pomników Indianie z plemienia Navajo tworzą ozdobne kilimy. Określenie „ tworzą” jest jak najbardziej właściwe, bo w ich rękach powstają prawdziwe dzieła sztuki. W białe tło wplatają wątki czarny i niebieski. Co do innych kolorów, nie pamiętam. Tak powstają tkaniny ozdobne o deseniach niemal doskonałych. Niemal, bo nigdy nie są bezbłędne. Skąd się bierze w nich błąd, skaza, niedoskonałość? Stąd, iż Navajo uznają, że doskonałość nie przynależy ludziom. I świadomie wplatają w swoje tkaniny skazę.

Z Doliny Pomników powędrujmy dalej. A właściwie bliżej, bo na Polanę Szałasiska. W Tatrach. Od kilku już lat dzieją się tam rzeczy dziwne. Na przykład, przed dwoma laty, dwuletnia wówczas Gosia próbowała się nauczyć imion nowych „ wujków”. Przed Gosią siedziało trzech nowopoznanych i jej ojciec. Nauka zaś wyglądała tak:

- Wujek Szyszka - pokazał wyciągnięty paluszek, a wtórował temu szmer uznania.

- Wujek Igor - znów to samo.

- Wujek Janek - i znowu szmer.

- Wujek Tata - cisza i konsternacja, a potem… turlanie.

Teraz opowiem o grzybach.

Otóż w okolicy tutejszego obozowiska większość grzybów szlachetnych otaczają szyszki. Nie, nie, nie jest to żadne zjawisko nadprzyrodzone - grzyby ktoś otacza wianuszkami szyszek. I trzeba przyznać robi to uporczywie. Już czas jakiś, bo od kilku lat. Pięknie, ładnie - można by rzec. Ale nie tak znowu do końca.

Już przed dwoma laty miały w związku z tym miejsce dramatyczne wypadki; kiedy tutejszy Strażnik Ochrony Grzybów ( z oczywistych względów nadajmy mu pseudonim „Szyszka”) spostrzegł tuż przy ścieżce puste wianuszki. W toku dochodzeń nikt nie chciał się przyznać, a Szyszka z żalu marniał wprost w oczach.

W dramatycznym akcie protestu, Strażnik i wolontariusze ze Stowarzyszenia Przyjaciół Grzybni, w sąsiedztwie wianuszków z szyszek postawili ostrzegawcze tabliczki. Na tabliczkach był napis:

„Skrytożercom grzybów - mówimy nie!”

Jak też: „Podstępnym grzybożercom - nie!”

To pewnie dzięki temu w zeszłym roku kultura obcowania z grzybem wzrosła. Nie dochodziło do drastycznych aktów „grzybobrania” - a więc i krucjat Przyjaciół Grzybni. Dorodne podgrzybki, prawdziwki a miejscami nawet kurki zażywały bezpiecznej wegetacji. Tak było w roku zeszłym, no a w tym…

Zanim opowiem, spróbuję nieco uspokoić tętno.

Otóż - wyobraźmy sobie słoneczne popołudnie i wypoczywających bywalców obozowiska oraz rezydentów. Nastrój zasłużonej sjesty przed zabudowaniami zwanymi Relaxami. Adepci kursów taternickich jak wyroczniom przysłuchiwali się swym Instruktorom, ci zaś ze spokojem przyjmowali wszystkie przejawy adoracji.

Ta sielanka została nagle zaburzona. Otóż właśnie pewien adept, kursant wcale nie młodzieniaszek, wtargnął w krąg zażywających sjesty z tryumfalnie wzniesionym w ręce grzybem. Grzyb ów - Boletus edulis (szlachetny okaz prawdziwka) jakiś czas unosił się ponad głową naszego adepta. Ale w ciszy jaka naraz zaległa, jakby zaczął zwolna ulegać grawitacji. Przemieszczaniu się grzyba- trofeum w niższe partie towarzyszył czyjś teatralny szept:

- Czy ten grzyb… ogrodzony był szyszkami?...

Stopniowo zdrowa cera twarzy adepta zaczęła nabierać ziemistego odcienia.

- Coś ty zrobił? - powtarzał się szept - I coś ty zrobił?

W ciszy wzniosły się w jego kierunku wskazujące oskarżycielsko palce, czyjś usta zaś wycedziły słowa jak wyrok:

- Grzybobójca!

Swoją drogą nie wiem, jak zachowałbym się w takiej sytuacji. Choć łagodność wrodzona podsuwa propozycję, gdzie ewentualnie można by mnie pocałować…

Ale nie, winowajca wcale się nie zaparł. Ani też nie bronił się.

Być może poczuł się niczym kosmita, który wylądował na dziwnej planecie o cywilizacji nie do końca dla siebie zrozumiałej.

Ale nie oskarżył nikogo o… (co komu ślina na język przyniesie).

Spuścił głowę… i oddalił się ze swym trofeum.

Co zrobił? Odstawił prawdziwka na miejsce.

A grzyb… jak gdyby nic się nie stało rósł sobie dalej, ku wyraźnej ogólnej uciesze.

Tak, jakby chciał wierzyć w człowieka.

3. O SZYBOWANIU

Płynę, szybuję nad górami, dolinami. Mam pod sobą rozległy dział wodny i zbliżam się do siwej, poszarpanej grani. Jest lekkie zamglenie. Nie przeszkadza ono jednak w słyszeniu. W słyszeniu hałasu. Ktoś tak długo naciska samochodowy klakson, że budzę się. Sprawdzam godzinę. Jest pierwsza.

Próbuję zasnąć ponownie. Próbuję po to, żeby zobaczyć, co jest za poszarpaną, siwą granią; Staroleśna, grzyby, smak malin?...

4. O POGODZIE

Chciałbym bardzo wierzyć, że tego roku Święto Niepodległości nie kojarzy mi się z jej odzyskaniem tylko ze względu na paskudną aurę.

Z ewangelicznych dziesięciu trędowatych tylko jeden okazał wdzięczność za uzdrowienie.

Skóra mi cierpnie i przejmuje chłód.

5. O CZEKANIU

Może trzeba poczekać. Trochę. Albo i dłużej.

Kiedyś zapisałem dwa zdania, dwa wersy o radości. Nie miałem wówczas nic więcej do powiedzenia. No i zapomniałem o sprawie.

Po 25 latach ni z tego, ni z owego, owe dwa wersy przypomniały o sobie. Dopisałem ciąg dalszy. Tak, jakby był już gotowy i tylko czekał na właściwą chwilę.

6. O PUKANIU

Czasem trudno wśród oparów otchłani zorientować się, co nimi nie jest. A co - na przykład dopiero zapisane - może okazać się nie tyle moje, ile jakby do mnie skierowane. I wówczas gapić się na to, i gapić, jak sroka w gnat. Co to ma być?

Albo bezwiednie nucąc coś sobie odnaleźć w tym dawno niesłyszaną melodię, uśmiechy, listy… I pukanie. Całkiem rytmiczne. Ktoś puka.

7. O UCIECZCE

Serce jest do kochania. A jeśli nie - to taka prawda po co. Po co komuś prawda, że nie kocha. Będzie od niej stronił. Będzie uciekał. Poczuje się okaleczony.

A może wymyśli prawdę na własny użytek… Kłamstwo. I lęk, że się to wyda.

Nie sposób bać się nieokreślonego. Może dlatego uciekałem w góry. By przepaść była namacalna, rzeczywista. Ale czy to wystarczający powód, by dać się jej zahipnotyzować? Jest przepaść, jest i urwisko, kto jednak powiedział, żeby patrzeć tylko w dół.

Więc zaglądałem w górach do kamiennych czeluści. Jednak nie uwalniało to od przepaści w sobie.

8. O TAK I NIE

Bułgarskie „tak” i „nie” - w postaci gestów - może nas mocno zdziwić jeśli akurat wygląda na odwrót niż przywykliśmy. A jak bywa z prawdą, podobnie?

12 listopada 2009

Teraz (chwilowo) moje lustro jest spokojne przy goleniu. Mimo, że mamy już wieczór i sufit w łazience zalany właśnie przez sąsiadów. Ale gdyby lustro znów, jak kiedyś, zaczęło natrętnie wchodzić mi przed oczy, to miałbym kłopot; czy mam na sumieniu coś, o czym „nie wiem”?

Porzucam lustro i spoglądając przez okno rozsyłam SMS-owy protest przeciw uporczywie dżdżystej aurze:

Pogoda jaka dziś jest
widzi każden jeden pies.
A wstydzą się tej pory
zwłaszcza zdechłe Azory.
I chcą już psia ich jucha
by nastała pora sucha!

Marny, prawda? Prawda. Ale aura nie lepsza. Zresztą gdybym nie rozesłał w świat tego wierszyka , wyż azorski nadal pewnie szwendałby się gdzieś, bez przydziału. A tak… Tak przynajmniej dowiedziałem się - od Tetryka Młodszego (z Małżonką) - że w Singapurze mają teraz porę suchą. Oczywiście pomiędzy licznymi tropikalnymi ulewami. Na deser, od siebie, Żona Młodsza spytała: co dobrego „zacny Janie Kapistranie”?

Wracam do łazienki sprawdzić o co tu chodzi :

- Lustereczko, powiedz przecie - kto jest najzacniejszy w świecie?

9. O UŚMIECHU

13 listopada, w piątek, przechodziłem przez Plac Trzech Krzyży. Było ciemno już; nie dostrzegłem łańcucha między słupkami, tuż nad ziemią. Więc rymnąłem tylko raz, ale za to dobrze.

Pomagała mi pozbierać się młoda dziewczyna. Ale nie to mnie olśniło, tylko słowa zaskakująco niedosadne, które padły z moich własnych ust:

- Tak to jest, kiedy się niedowidzi…

Owszem, pobolało. A potem przestało. Ale dzięki tej iluminacji wreszcie wiem - jak to jest, kiedy się niedowidzi!

Wszystko na darmo
co zrobisz powiesz
jeśli to nie będzie
uśmiechu zapowiedź.
Czułości dla dziecka
ptaka albo psiaka…

Te słowa zapisałem kiedyś, dawno temu. Były moje - czy raczej do mnie… i tylko do mnie?

10. POSŁOWIE

Nie umiem mówić o prawdzie. A i co mógłbym dodać do opisu zawartego w jednym z listów Świętego Pawła, zwanym niekiedy „Hymnem Prawdy” (1 Kor 13).

Kazalnica Mieguszowiecka z profilu. Plus zielone łąki na zboczach Niżnich Rysów.
Fot. Krzysztof Sadlej
Istotny detal ze zdjęcia powyżej.
Fot. Krzysztof Sadlej

Od siebie chciałbym pozostawić uśmiech: piosenkę z jesieni 1987. Muzykę - o ile pamiętam - skomponowała i zagrała na pianinie Anna… (?), zaś chórek fałszował sobie już na własny rachunek.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •