(Tetryk Starszy)

OPOWIEŚĆ CYKLOPA

Aż mnie korci by spytać - czy byliście kiedy po drugiej stronie lustra?

Ja byłem. W dodatku było to trójlustro (jakich to aparatur medycy nie wymyślą!). Zaś niejaki Tetryk Młodszy, wybrał przerębel żeby sprawdzić co jest po drugiej stronie. Chodzi oczywiście o lustro wody. Zaskoczyła go miniaturyzacja pewnych - powiedzmy - obszarów własnych, no i chrypa! Kiedy zwróciłem Młodszemu uwagę, że jest wiele mniej drastycznych sposobów pozyskiwania chrypy, okazało się, że dla Poszukiwacza Przygód nie jest to żaden argument.

A może i Wy szukacie przygód?

Nawet jeśli nie szukacie i tak Was znajdą. Mnie przygodę zgotowała starość i medycyna. Otóż w pewnym wieku organizm zaczyna stroić fochy i domagać się specjalnych względów. Tak to, ze względu na szwankujący organizm trafiłem do Krainy Cyklopów.

Byliście kiedy Cyklopem?

W krainie tej napotkałem bliźniaczo podobnych osobników mogących „rzucać” co najwyżej jednym okiem. Z mitologią nie ma to wiele wspólnego. W istocie jest to kraina traumy i tylko z rzadka pojawia się tu radość, choć i całkiem niezamierzone sytuacje komiczne też, dzięki Bogu, się przytrafiają.

Po rocznym stażu wśród Cyklopów doszedłem do wniosku, że można na sytuację patrzeć z różnych punktów widzenia. W tym czasie napisałem Psalm napowietrzny i Piosenkę o Ciszy. Dla mnie, to chyba najlepsze wiersze jakie udało mi się zapisać. Zapisać, bo przyszły jakby same. A to, że aż się proszą żeby je śpiewać… Więc może nie warto się upierać, że jest tylko jedna strona rzeczy. Zresztą każda prawdziwa przygoda ma walor, który trudno przecenić – jest nieprzewidywalna.

Wykombinowałem sobie, że zamiast kwękać spróbuję nie przegapiać tego, co jest i tego „co się kroi”. Zwłaszcza, że z przeszłością tak łatwo stracić kontakt (z SMSów do Młodszego: „Tetrycy umierają przedwcześnie… zwłaszcza pamięć”)

Zabierając się do życia w „teraz” zaraz utknąłem. Bo spotkały mi się w głowie dwie Panie. To znaczy to, co powiedziały.

Muriel (z pewnością coś przekręcam) spytała – czy poczucie humoru jest dowodem na istnienie, czy nieistnienie?…

Moja Córka zaś stwierdziła, że najbardziej nie na miejscu to mam poczucie humoru właśnie.

Utknąłem, bo teraz nie wiem czy na miejscu mam istnienie, czy raczej nie. Utknąłem też i dlatego, bo wśród personelu medycznego w Krainie Cyklopów jest tyle pięknych kobiet, że zakrawa to na jakąś groteskę. Tyle piękna – płci odmiennej – i tylu Cyklopów, którzy tego nie dostrzegają! Albo widzą to całkiem inaczej; osiemdziesięcioletni Pan Władysław opowiedział mi, że przed operacją Anioł przybrany na zielono przedstawił mu się jako Elżbieta i zapewnił, że przeprowadzi go przez „ten czas”.

Po moim kolejnym, tym razem trzytygodniowym pobycie wśród Cyklopów, Tetryk Młodszy zdobył się na wzruszającą szczerość: „A to Ty jeszcze żyjesz? Ludzie w szpitalu tak długo nie przeżywają!”.

Ja też się dziwię, czemu skoczył w przerębel?!

Dopiero co, jak telefonowałem do Córki bezpośrednio po jej egzaminie z ekonomii (kłopoty z akademicką ekonomią to nasza rodzinna przypadłość). Chyba zdała. Okaże się za dwa dni. A tymczasem starała się mnie przekonać, że to nie ona, a ja jestem przygnębiony. Przeczytałem jej wszystko, co zapisane powyżej na dowód, że jestem raczej „w skowronkach”. Podobnie jak z Poszukiwaczem Przygód moje argumenty trafiły niczym groch w ścianę.

Jak groch o ścianę…

Połowę Wielkiego Postu spędziłem wśród Cyklopów, a po kilku dniach w domu znów wróciłem do szpitala. I znowu usłyszałem tę samą instrukcję - żeby przyjmować pozycję „nosem do ziemi”. Może czegoś nie rozumiem i dlatego tu wracam. Po czyjej bylibyście stronie - ściany, czy raczej nosa? Bo chyba nie grochu, że o ziemi nie wspomnę…

Jakiś chłopczyk odezwał się niegdyś do Naszego Papieża, a kiedy ten poprosił by powtórzył, bo nie dosłyszał, chłopiec poradził: „no, to się pochyl!”. A ja powtarzałem tyle razy „Wznoszę swe oczy ku górom” (Psalm 121) i lazłem w góry „żeby być bliżej nieba”… Aż tu 15 marca, tak się jakoś porobiło, że znieczulenie kropelkowe okazało się nie do końca skuteczne i proszę, nawet bez gór poczułem się jakby „bliżej nieba”.

- Lepiej… już było - mawia Tetryk Młodszy.

Wtórując mu dodam, że pointa też. Za to na koniec wspomnę jeszcze o zdarzeniu, które niekoniecznie będzie tu „na miejscu”. Chyba w czerwcu zeszłego roku wracałem ze Starego Miasta. Było ciepłe, słoneczne popołudnie. Żeby minąć zatłoczony Trakt Królewski ruszyłem ulicą Koźlą. W okolicy Muzeum Karykatury z przeciwka zbliżyło się pięciu przyjaźnie rozmawiających młodzieńców. W tym momencie, jak na zwolnionym filmie, minęły mnie dwie długowłose, zjawiskowej piękności dziewczyny na holenderskich damkach o kremowym kolorze. Jadąc na rowerach z ożywieniem o czymś rozmawiały. Grupa młodzieńców zamilkła, po czym wlepiając oczy w rowerzystki rozstąpiła się. A one jakby tego nie zauważyły i swobodnie rozmawiając pojechały dalej, aż straciliśmy je z oczu. Odezwał się tylko jeden z pięciu młodzieńców:

- Ładny rower - powiedział.

Szpital Dzieciątka Jezus, 23 marca 2010

Post Scriptum: W lipcu poprzedniego roku Żona z Córką wyrzuciły mi rower. Ładny nie był. Za to wywrotny.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •