(Tetryk Starszy)

RYSOPIS SZCZĘŚCIA

Miejsce: Polana Szałasiska. Tatry. Rzeczpospolita Polska.

Czas: środa 24 sierpnia 2011 roku.

Mieliśmy pójść dzisiaj w góry. Ale się nie zanosi.

„Kokosimy się” i pętamy po obozowisku. Jest upalnie, ociągamy się z wyruszeniem gdziekolwiek. Niby nic nas nie zatrzymuje… Prócz tak zwanego życia towarzyskiego. I rozmów, na temat lokalnych aktualności.

Miss Szałasisk 2011

Swoją drogą, chyba jesteśmy jeszcze syci chwały oraz wrażeń, po zdobyciu Druheho Mnicha. To było w piękny, pogodny poniedziałek.

No, a wczoraj, to dopiero mieliśmy szczęście! Winszujemy sobie, że nikt z nas nie jest poważniej postrzelony. Bo wczoraj walił taki grad, że bez kasku ani rusz. Podziurawił kilka namiotów.

Grad
grad
i po gradzie

Wreszcie, po przekąsce, na którą Jacek zaserwował ziemniaki w mundurkach, zbieramy się. Niejako na deser mamy kolejną atrakcję: podziwiamy poręczną „piaskownicę-szyszkownicę”- nową specjalność tutejszego Szałasiskraju.

Ruszamy. Nie, w żadne tam góry. Pójdziemy na spacer. Do Pięciu Stawów.

* * *

Kiedy zanurzamy się w zmienne nurty rzeki ludzi płynącej po asfalcie od i do Morskiego Oka, tracę ze sobą kontakt. Upał, tłum, oślepiające słoneczne światło. Szumi mi w głowie.

Nagle, ktoś ze spływającego drogą tłumu, robi wraz z dziecięcym wózkiem w tył zwrot i przyłącza się do mnie!

Słabo widzę i nie bardzo wiem czy to jawa, czy majaczę… Przez tupot i gwar dociera do mnie, że skądś się znamy. A ten ktoś, kogo staram się skojarzyć z konkretnym miejscem i okolicznościami, musi mieć imię. Jakie?...

Mimo rozgwaru i zamętu w głowie słyszę, że mój niezidentyfikowany towarzysz z wózkiem został ostatnio szczęśliwym ojcem. Ojcem kogoś, kto jest pasażerem wózka. Ten maleńki ktoś ma cztery miesiące, a na imię Antoś.

Starając się przezwyciężyć otępienie pochylam się. Zaglądam do wózka.

Dwa spojrzenia spotykają się.

Trwam pochylony nad jasnofiołkowymi oczami. A one patrzą.

Są pogodne, ufne, ciekawe…

Prostuję się w obawie, że strzeli mi w krzyżu. Tata Antosia mówi, że już będą wracać. Robi wózkiem ponownie w tył zwrot i wyciąga rękę na pożegnanie. Potem rękę wyciąga mama Antosia (dopiero teraz ją zauważam) i jeszcze brat.

W kalendarzu sprzed roku znajdę później ich imiona. To znajomi z Szałasisk – Łukasz, Iza i Piotr. Zapisałem tylko, że sympatyczni…

Jeszcze później przypomną mi się okoliczności.

Kiedy ruszyli w dół, zaczynam podchodzić szlakiem w ślad za Martą i Jackiem. Czuję jedno. Jasnofiołkowe wejrzenie.

Różni mądrale mówią, żeby nie przegapić szczęścia. Tuptam szlakiem, sapię i próbuję myśleć. Z tego uciążliwego wysiłku nie wytrąca mnie nawet trener, który głośno pomstuje przez telefon. Zagubił mu się podopieczny ze sportowego obozu dla dzieci.

Na Dolinę Pięciu Stawów ledwie zdążymy spojrzeć.

Już w okolicy Świstowej Czuby, kiedy spotykamy Krzyśka, chłopaka Marty, słychać pierwsze grzmoty. Zawracamy w stronę Szałasisk, bo dobrze pamiętamy wczorajszy grad. Idzie burza, dysc i sikawica!

Nadciąga złe

A ja dalej czuję jasnofiołkowe spojrzenie…

* * *

– Czy coś mi umknęło, ominęło, przegapiłem?

Nie wiem. Wiosną tego roku przybył szczęśliwie na świat nie tylko Antoś. Wielu ludzi próbuje szkicować tytułowy rysopis. Wersja, którą przesłał mi zauroczony swą narodzoną w kwietniu córeczką – Jagódką – Mirek „Szyszka”, jest chyba blisko: „Wielkoniebieskooka, roześmiana Jagodowa Iskierka! Centrum wszechświata… Pozdrawiamy!”

* * *

Kiedy kończę ten tekst, jest 25 dzień grudnia.

Czytam słowa zamyśleń Matki Teresy z Kalkuty:

„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie.”

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •