(Tetryk Starszy)
W lecie ta dolina inaczej wygląda...

FILAR TETRYKÓW*

W sierpniu 2006 roku napisałem wspomnienie pod tytułem "Wyrypa".

Pisząc je, odnosiłem dziwne wrażenie, jakby dotyczyło świata fantazji. A przecież napisałem je dla konkretnych osób: dla Teresy i Ascety, z którymi właśnie tą wyprawę odbyłem. Są też zdjęcia i nawet na nich coś widać. Widać niezdobyte urwisko z kilkoma refleksami odchodzącego słońca. Widać, że w lewej części ściana jest najniższa i że tam jakby narzucało się spróbować... I spróbowaliśmy.

Nie byłbym Tetrykiem Starszym, gdybym nie wtajemniczył w sprawę Tetryka Młodszego. Skoro jest zaledwie jedna droga na ścianie, to...

– Może by warto? Co?

Wracałem do tematu jeszcze nieraz. Marzyły mi się Tatry w czerwcu. Pożyczyłem raki i czekan. Tyle że nic z tego nie wyszło. Ale najpierw nadszedł...

20 czerwca 2007

Sala konferencyjna, ekran na całą ścianę. A na ekranie Tatry z lotu ptaka. Trójwymiarowe. Szybujemy. Szybujemy... aż nad dolinę z "Wyrypy", z opowieści o niezdobytej ścianie i o jej pokonaniu w lipcu zeszłego roku. Z opowieści w rodzaju tych, które zakrawają na bajki.

Ale stop. Znajdujemy się już nad poszukiwaną doliną. Teraz w dół, obniżamy się wolno... by zobaczyć naszą ścianę na wprost.

A tu... nic. Zupełnie. Satelita "widzi" mętnie. Jakby miał zaćmę. Na ekranie, zamiast ściany z niezbędnymi detalami, mruga beżowo-brązowe nie wiadomo co. Znów nasuwa mi się podejrzenie, że ta cała "Wyrypa" tylko mi się przyśniła.

– To zdjęcie ma niską rozdzielczość – objaśnia bywały w świecie Młodszy – stąd mało szczegółów.

Nieco lepsze zdjęcie, zimą, przez teleobiektyw, z Głodówki...

Szczegółów, powtarzam bezgłośnie. No cóż... ja także, choć niby tam byłem, mam widać niską rozdzielczość i pamiętam niewiele: że był z prawej strony komin, który ograniczał ścianę... I że nie chcę kominem, bo tam już pewnie czekają kamienie, żeby wybić Tetrykom z głowy to lub owo. Jednak między kominem a trasą "Wyrypy" jest sporo miejsca: środek, prawa część i jeszcze krawędź, którą ściana załamuje się do komina... Więc?

Więc udaliśmy się na ściankę wspinaczkową, żeby przygotować się do spotkania z Tatrami.

* * *

26 czerwca

Przygotowania trwały nadal. Udając się na ściankę wspinaczkową, wymieniliśmy kilka uwag związanych z poprzednim treningiem:

Starszy: Pamiętasz, co mówiłeś przed tygodniem?

Młodszy: Pewnie coś a propos tego, że tak narzekasz... że chyba przyszła już na ciebie pora?

Starszy: Cha, cha, cha... To chodziło... Mnie chodziło o zupełnie inny moment; jak wracaliśmy powiedziałeś coś w tym stylu, że jesteś wściekły, jesteś naprawdę wściekły. To, że ci tam źle szło, nie udawało się to i owo, że męczyłeś się, to nic... Ale na jedno się nie mogłeś zgodzić, że ktoś może się lepiej wspinać.

Młodszy: Nie ktoś! Że tobie idzie lepiej.

* * *

Później, niestety, dwa tygodnie zajął mi podstępny ząb i łykanie leków przeciwzapalnych... Wreszcie 15 lipca wyruszyłem w Tatry. Zamierzałem wracać do zdrowia spacerując po okolicach Morskiego Oka. Owszem nawet chodziłem się wspinać, ale wbrew sobie, głównie ze względów towarzyskich. Z dwoma wesołkami o pseudonimach Ryba i Szyszka tworzyliśmy coś w rodzaju wędrownego kabaretu. Po dwóch premierach w postaci krótkich, nowych dróg i po benefisowym "występie" na Filarze Kazalnicy jeden z artystów wyjechał w Dolomity i kabaret się rozpadł...

Lipiec kończył się smutnym, pożegnalnym spacerem na Cichy Wierch. Po latach uczynnej życzliwości, z jaką Teresa "gazdowała" na Szałasiskach, "pożegnano się" z nią. Rezygnując z kogoś, kto tak dobrze się sprawdził...

Jeszcze ostatniego dnia lipca stajemy z Szyszką na najwyższej z Liptowskich Kop. Smętnie... choć spełniło się kolejne z moich marzeń. I właściwie mogłem już wracać do domu. Mogłem, gdyby nie okazało się, że nie mogę.

* * *

1 sierpnia

Imieniny Alfonsa, Nadii i Orchidei.

"Wstrzymaj się z przyjazdem przynajmniej do pojutrza" (!) Oto słowa mojej Drogiej Małżonki opętanej przez demona malarstwa pokojowego; postanowiła sama zamalować to, co wcześniej na jej życzenie wymalował najęty fachowiec... osiągając "aktywny" seledyn. I określenie koloru ścian, jakiego mam oczekiwać po powrocie do domu: "śliczna pastelowa orchidea".

Tetryk Młodszy też nie pozostaje bezczynny. Zrobił "15 metrów 6b koło Grenoble".

Do 5 sierpnia Córka pakuje plecaki, więc musi mieć w domu spokój i miejsce...

Po 5 sierpnia czuję się już tak, jakbym zaczynał pleśnieć...

10 sierpnia

Skarżę się Małżonce na wilgoć. W odpowiedzi przysyła mi prognozę, że 14 i 15 będzie pięknie ale we czwartek 16 sierpnia nastąpi totalne załamanie pogody.

No i co z tego, myślę sobie.

11 sierpnia

Od rana pada. SMS od Młodszego: "Jesteś w Moku czy w domu?" Domyślam się, że pewnie chciałby pójść na ściankę.

13 sierpnia

Trzeci dzień deszcz i mgła. Piszę do Młodszego, że nasze plany trzeba odłożyć. Może za rok...

14 sierpnia

Czytam, co napisał Młodszy i włosy stają mi na głowie: "Czy atak może być w czwartek?" – Jaki atak?! – Przecież czwartek to 16 sierpnia!

Nieco później okazuje się, że mam być o godzinie 11, tak, we czwartek (!), na pewnej przełęczy...

Wreszcie w ostatniej wersji, że o 8 rano w schronisku, w Dolinie Pięciu Stawów.

Jeszcze tylko ustalenie, co kto weźmie ze sprzętu, i zostaję sam na sam ze swoimi obawami i lękami. Na dwie bezsenne noce, wśród hałasów obozowiska i odwiedzin nocnych gości.

* * *

16 sierpnia

Na podejściu towarzyszy nam wiatr. Całe szczęście, bo usmażylibyśmy się w słońcu. Mrużę oczy, Tatry pełne światła. Wciąż przystaję żeby łapać oddech i fotografować zmieniającą się panoramę. Wtem dostrzegam coś zaskakującego. Za odległą granią Żabiego Konia jak cień wychyliła się inna góra. I jak cień powtórzyła dokładnie jego kształt. Dwie granie, nas dwóch Tetryków i tyle słońca... Może to złudzenie?

Na ścieżce

Wreszcie przełęcz. Rozległe siodło i odpoczywający turyści. Jest południe. Już nas tu nie ma, znikamy. Po trawie, wśród piargów i upłazów schodzimy kilkaset metrów aż do potoku. Górną morenę naszej doliny podobno niegdyś zamieszkiwały świstaki. Jednak "moc niezwykła" przypisana ich sadełku, przyczyniła się do ich całkowitej zguby. Wytrzebili je kłusownicy. Prócz nas tylko samotna kozica. Po chwili jednak tracimy ją z oczu. Pusto.

Od północnego wschodu, z dna dolinki

Przegryzamy coś, popijamy i oglądamy urwisko. Z lewej trasa zeszłorocznej "Wyrypy"(to dopiero pierwsza droga na tej ścianie), z prawej nasz dzisiejszy cel, wschodni filar, a właściwie krawędź ściany.

Ciepło w słonku, najedzony i opity ziewam... Oj, to grozi drzemką! Zostawiamy plecaki i ruszamy. Obwieszeni pobrzękującym sprzętem gramolimy się pod najniższe skały.

Filatr Tetryków w całej okazałości
(fotografowany od dołu wygląda dość połogo)

Jest nas dwóch . Tetryków. Filar tylko jeden. A tymczasem zgodnie dochodzimy do porozumienia; Starszy, czyli ja, poprowadzi dolną część, Młodszy zaś górną.

U podstawy filara

Ścianka, kosówka, łąka i znów kępa kosówki w której się zagnieżdżam na stanowisku.

Stanowisko w kosówce

Kiedy przychodzi Młodszy, ruszam dalej. Obły filar skalny zasłania nam to, co czeka nas wyżej. Na wszelki wypadek idę tak ostrożnie, jak tylko umiem. Nie jest trudno, ale żeby porządnie się asekurować muszę sporo kluczyć wytężając wzrok. Kończy się lina, zakładam niewygodne stanowisko. Młodszy zbiera sprzęt, dochodzi, rusza dalej. Proszę go żeby ominął kruchą przewieszkę, która jest dokładnie nad moją głową. I omija. Jestem pod wrażeniem. Zrobiliśmy się jacyś zgodni. Takimi nas raczej nie znałem.

No, ale jesteśmy tu sami. Całkiem sami. Może dlatego?

Młodszy ściąga linę, idę więc i patrzę; siedzi okrakiem na jakimś dziobie i wymachuje sobie nogami. Mam wrażenie, że poniekąd... chyba zadowolony?! Chociaż filar nam się nieco "rozlazł", rozczłonkował i nie spełnia naszych oczekiwań. Jeszcze jeden wyciąg prowadzi Młodszy. Mnie przypada pierwszeństwo na wierzchołku.

Kopczyk na szczycie

Odbudowuję piramidkę z kamieni, czyli zeszłoroczny kopczyk. Parę chwil później Młodszy stawia na nim nogę. I znów trzeba układać kamyki, żeby kopczyk znalazł się na "zdjęciu szczytowym".

Na szczycie

Kilka ujęć. Kilka spojrzeń. I zbieramy się do domu.

Najpierw na przełączkę pod wierzchołkiem. Stąd Młodszy rusza po poziomicy a ja schodzę po nasze plecaki. Pełna zgodność... Tyle, że długo nie mogę ich znaleźć. Potem z kolei, mocno zasapany, nie mogę namierzyć, gdzie jest Młodszy. Ale to już ostatnie tarapaty.

Znów jesteśmy na przełęczy. Osiemnasta. Lekko zmierzcha się. Pół godziny później niechętnie zaczniemy schodzić. Ale jeszcze nie teraz. Siedzimy, próbując zatrzymać ten moment. Gapimy się, żeby zapamiętać widoki. Na chwilę, na tydzień, miesiąc, rok. Najlepiej na zawsze.

Młodszy najwyraźniej nie podziela moich uniesień. Musi być zmęczony. Przecież właśnie o tej porze wyruszał wczoraj z Warszawy. Mało kto wytrzymałby taki maraton. Jednak nie ma rady, trzeba wracać.

Przez pierwsze pół godziny jestem tak szczęśliwy, że wcale się nie odzywam. Ale wdzięczna radość rozpiera mnie, aż zaczynam sobie nucić na temat tego, co widzę. Nie jest to żaden chorał czy psalm. To, co wydobywa się ze mnie, w odległy sposób może przypominać góralski zaśpiew:

Kry-waniu, Krywaniu wy-so-ki,
Płyną wedle ciebie o-bło-ki.
Płyną chmury, płyną mnogie,
Góry pokłon dają tobie,
Kry-waniu, Krywaniu wy-so-ki...

Ej, wysoki, wy-so-ki,
Ponad tobą o-bło-ki.
Stoją góry, stoją sobie,
Ale pokłon dają tobie,
Krywaniu, Krywaniu, hej, wy-so-ki.

Dalej następują kolejne, za przeproszeniem, wariacje. Gdzieś po godzinie, to płynom już sobie łobłoki i chymury a góry pokłon dajom Hrywaniowi! No, no... Co gorsza coraz głośniej dajom.

Zerkam na Młodszego. Czekam, kiedy się zatrzyma. I odwróci. Cierpkie, oj cierpkie bywają uwagi Młodszego. Przecież z rasowym Tetrykiem mamy do czynienia. Ale nie. Tupta sobie wolniutko i nie przystaje. Nie odwraca się i nie patrzy wymownie. Za to lekko znosi go ze szlaku.

Udaje nam się dotrzeć do schroniska w Pięciu Stawach jeszcze przed zamknięciem kuchni. To prawdziwy sukces. Naleśniki z dżemem są tak niemożliwie słodkie, że zapominam nawet o Hrywaniu. Wytaczamy się ze schroniska obżarci i ożłopani. Jest już zmrok. Szybko ciemnieje.

* * *

Kiedy mijamy kocioł Świstówki robi się już całkiem ciemno. Kilka osób może się o nas niepokoić. Właśnie dostałem SMS z pytaniem, co u nas. Rozsyłam do naszych Małżonek, Starszej i Młodszej oraz do znajomych na Szałasiskach najprostszy jaki mi przyszedł do głowy uspakajający tekst. Tylko dwa słowa: "BRAWO TETRYCY!"

Ale Młodszemu nic nie mówię. Bo akurat przypomniałem sobie jaki tekst przysłał mi kiedyś: "Z ciebie taki chwalipięta, jak z koziej d... trąba!"

Zapalamy czołówki i wleczemy się dalej. Kępa, trawers Żlebu Żandarmerii, światła schronisk przy Morskim Oku. My jednak podążamy dalej, na Szałasiska. Wreszcie światełka obozowiska, namioty. Mimo całego zmęczenia zerkam na Młodszego, kiedy kolejne napotykane osoby z uznaniem powtarzają dwa słowa:

– BRAWO TETRYCY!

* * *

17 sierpnia

Poranek. Zimna mgła nad Szałasiskami nieco się skrapla. Młodszy wygramolił się ze śpiwora, wyszedł z namiotu, wypił kawę i zastanawia się, co dalej. Wzywa przez telefon wszystkie możliwe satelity, by uzyskać rzetelne prognozy pogody. Stoi tak z komórką w ręce... ale ja już wiem, że zaraz wyjedzie. Do licznych, ważnych zajęć. Do zajęć chcianych, jak i niechcianych; pracoholicy już tak mają. Nie ma czasu do stracenia. Patrzę z pewną obawą. Żeby to nie było słynne "ostatnie spojrzenie"; taki obraz do zapamiętania.

– To tylko lokalne – ogłasza wreszcie – w sobotę i niedzielę będzie ładna pogoda.

Po czym pakuje plecak, żegna się... I tyle go oglądam.

* * *

Minął sezon... Złota jesień minęła. I Zaduszki. Już listopad. Jest bezpiecznie, bo do lata żadnych eskapad. Pada śnieg z deszczem, męczy katar a do zęba dołączył ból głowy. I nie mogę spać. Wszystko marność...

No, a "Euro-Titanic" i tak zwane prawa podstawowe zamiast Dekalogu?! Nie mogę spać. Słucham muzyki. Radiowa stacja zachwala, że to " inspirujące". Bo ja wiem... Przypominam sobie życzenia z ostatnich urodzin: "Witaj na półmetku". Jakbym jeszcze nie dość stetryczał.

Ten "półmetek" to zresztą jeszcze nic. Boję się wierzyć informacjom uzyskanym pod numerem *500: "Za 49 tysięcy 709 dni stracisz możliwość wykonywania połączeń..."(!) deklamuje drewniany głos w słuchawce. Tego wieczoru sięgałem po telefon wiele razy. Żeby się upewnić. I wciąż to samo. Poprosiłem też Córkę ciekaw, co usłyszy... Policzyła z pomocą kalkulatora, że to ponad 136 lat! Na taką perspektywę nie jestem przygotowany.

Tetryk Młodszy zaproponował osinowy kołek, żebym po nocy się nie szwendał i ludzi nie straszył.

Nie korzystam ostatnio z telefonu. Mając taki zapas.

"Inspirujące"...

– A nasz Filar Tetryków niby jaki był?

Według Młodszego po prostu za łatwy. Może i tak... Efektowny też raczej nie. Za to, jak mawiają, ciasny ale własny. Tyle, że dla Młodszego widać to mało. Spróbujcie jednak Tetrykowi dogodzić.

Dla mnie Filar jest czymś szczególnym: taki dzień, miejsce, chwila, mogły się wcale nie przydarzyć. Woda z ogniem albo niebo z ziemią, mogą się nie spotkać. A Tetrycy?

Filar to tylko miejsce, ale nietknięte dotąd nawet wyobraźnią. Miejsce prawie jak z bajki, bo spotkało się na nim zdecydowanie Młodszego z moją podszytą strachem ciekawością. I nie trzeba było odległych zakątków świata, by o miejscu i spotkaniu na Filarze móc powiedzieć: to egzotyka.

Młodszy orzekł co prawda, że to pomyłka, że to był niewypał.

Ale ja tam nie wiem... Nic lepszego może już się nam nie przytrafić. Mówią pożyjemy, zobaczymy. Przecież Młodszy może i dłużej ode mnie pociągnąć. Może zmieni zdanie. Z czasem.

I wystarczy, że chwilę spędziliśmy razem.

Ale na koniec ustalmy sobie jedno, żeby to było całkowicie jasne:

– BRAWO TETRYCY!

– BRAWO i już!!

EPILOG

2 grudnia

Zatelefonowałem do Młodszego. Chciałem dowiedzieć się, czy przeczytał fragmenty moich wspomnień z naszej wspinaczki na Filarze Tetryków. I czy ma jakieś uwagi lub zastrzeżenia.

Najpierw Młodszy powiedział, że wysłał już mi e-mail, więc się nie będzie powtarzał... Po czym stwierdził, że z dupereli** zrobiłem epopeję, i popadł w zachwyt, uznając to za wyjątkowo celne określenie. I dodał, że jest ode mnie znacznie dowcipniejszy!

Odkładając słuchawkę, szczerze cieszyłem się z dobrego samopoczucia Młodszego. Ale cicha radość wzbierała mi w sercu także dlatego, że skoro "epopeję z dupereli"... to chwalić się chyba jednak umiem!

Słodycz spełnionego chwalipęty... Ależ to smakuje. Polecam. Palce lizać!

Jednak czytając e-mail od Młodszego: "Nie mam z tym tekstem nic wspólnego. I niech tak zostanie" popadłem w rozterkę. Przeczytałem jeszcze raz. I jeszcze... No dobrze, pomyślałem sobie, to z kim byłem na Filarze Tetryków?!

– A... byłem?

styczeń 2008


* tetryk – człowiek posępny, zgryźliwy, dziwak
** duperele – androny, bzdury, głupstwa

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •