(Tetryk Starszy)

KU ŻELAZNYM WROTOM

Zakwitły goryczki trojeściowe, zwiastuny jesieni. Ich dzwonki dają znać, że lato dobiega kresu. Dni kurczyły się i zapadały w siebie, jak grzyby przed moim namiotem. Czas już był najwyższy, by żegnać kolejne górskie lato i podziękować za nie. Czas podążyć na Polanę Rusinową i dalej, na Wiktorówki, do Matki Bożej Królowej Tatr.

Dolny szałas na Rusinowej to dla mnie szczególne miejsce. Sześć lat temu zatrzymałem się przy nim i oparty plecami o ścianę gapiłem się. Gapiłem się w górę Doliny Waksmundzkiej, gdzie w oddali niebieszczała smukła turniczka.

– Ciekawe... – zasugerowała ciekawska część mojej natury.

– Eee tam! – skwitowała część leniwa.

– Którędy by tam najwygodniej dotrzeć? – nie rezygnowała część wścibska.

Nagle odskoczyłem od ściany jak oparzony; coś polizało mnie po głowie!

– Do psychiatry!! – wrzasnęła moja część histeryczna.

– Eee, sprawdźmy może, co to za "lizus"?! – odezwały się zgodnie dwie części na raz. Pochyliłem się i zajrzałem pod okap szałasu. Z niezabudowanej przestrzeni między ścianą z bali a deskami dachu wychylił się koński łeb! Wychylił się i... najwyraźniej uśmiechnął! Wstrząsnął białą grzywą i pokazał zęby z takim wyrazem pyska, jakby udał mu się ładny psikus. Przejechałem ręką po włosach a tymczasem siwek sądząc z wyrazu twarzy, pyska, nadal był nieźle ubawiony.

– Hej, Siwy! Heej! – pozdrowiłem go jeszcze nie do końca uspokojony.

Od tamtej pory odwiedzałem Siwka po kilka razy w roku. Rozmowy nasze może nie były zbyt bogate w słowa, za to treściwe. Zwierzałem mu się ze swoich radości, sekretów, rozterek i dopytywałem o jego.

Ale tego roku dziwnie ociągałem się z odwiedzinami. Kiedy 25 sierpnia wreszcie zajrzałem do stajni na Rusinowej, Siwka w niej nie było. Od górnych szałasów, gdzie łoscypki a bunc, schodził gazda prowadząc gniadego konia.

– A gdzie Siwy?! – zapytałem z rosnącym niepokojem.

– Siwego... już nie ma. Stary był...

Przy szałasach gaździna dodała swoje:

– 25 roków miał...

– A z każdym się witał! – dodała – Płakaliśmy po nim...

"Wdzięczna Bogosław duszo, Pana wielbij" – to inskrypcja w księdze sanktuarium na Wiktorówkach. – Nic dodać.

Jeszcze tylko próba przejścia nowej drogi. Nieudana. Powstał ledwie mały wariant.

I już pożegnanie gór. Idziemy ku Żelaznym Wrotom; Dorotka, Tomek, Szyszka i ja. Na Gerlachowskie Spady wchodzimy po swojemu wznosząc po drodze Galerię Kopczyków Niezależnych. Te Szyszkowe zdecydowanie najdorodniejsze. Ale dopiero wyżej naprawdę wkraczamy w świat fantazji. Na dodatek jesteśmy obserwowani; osiemnaście kozic przygląda się nam zanim nieśpiesznie nie znikną za grzędą powyżej Zasłonistej Turni. Za grzędą w której tkwi jak żagiew i "płonie" skalna głownia. A jeszcze wyżej, jakby specjalnie czekała, nowa poręczówka wyprowadza nas na Śnieżną Galerię, całkiem bez śniegu. Białe, do cna wymyte kamienne pole. Za jego krawędzią, jak przestrzega Przewodnik WHP, czyha "czeluść Kaczego Żlebu". Jak dziwnie aktualne wydają się tu słowa z Księgi Hioba:

"Czy doszedłeś do dna Otchłani?
Czy wskazano ci bramy śmierci?
Widziałeś drzwi do ciemności?" (38, 16b–17)

Zbliżając się do Żelaznych Wrót czuję się trochę nieswojo...

Co będzie, co się stanie, kiedy zajrzę na drugą stronę?

* * *

Niniejszym donoszę, że Wrota nadal stoją otworem. Wygląda na to, że obecnie zostałem skierowany do innych, niż przytrzaśnięcie, zadań. A to:

– Pierwsza pomoc w kłopotach zakłopotanemu

– Na(d)stawianie na ciosanie (kołków na głowie – przez Najmilsze: Małżonkę i Córcię)

– Trwanie, wbrew panoszeniu się wybiórczych gazet i "autorytetów", którym nie w smak jak nie Bóg, to Ojczyzna, Polacy

– Unikanie "głośnych i napastliwych – są udręką ducha"*

– Sprzeciw wobec "logiki" życia – jako onanistycznego użycia gdzie, co i ile tylko wlezie

– Lektura Koheleta

I tak dalej...

wrzesień 2008


* Max Ehrmann "Dezyderata".

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-06-13
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •