(Tetryk Starszy)

PRZECHODZĄCEMU

Różnymi drogami chadza życie. Nawet jeśli się nam zdaje, że to my chadzamy. Przez wiele lat odwiedzałem często pewien leśny zakątek. Grzyby, jagody, poziomki, jeżyny – i owszem. Ale jeszcze bardziej drzewa. Przyciągały mnie. Zwłaszcza wyniosłe stare sosny. Rozległy widok z ich wierzchołków niejeden raz przywoływał wspomnienie morza. Pnie najroślejszych sosen, ogołocone z dolnych konarów przez okolicznych zbieraczy chrustu („siekierników”), były dla mnie naturalnym wspinaczkowym wyzwaniem. A cóż może być lepszego dla drzewołaza nad wyszukiwanie wciąż nowych nadrzewnych szlaków. Ścieżek w stronę nieba. Czy można się od tego w jakiś sposób uzależnić. Można. I tu naraz nasunęła mi się niesforna myśl – a co jeszcze można?

Co takiego właściwie można... wiedzieć. Na przykład o sobie. Jaką mieć w tym orientację. Na ile połapać się – w sobie samym. Albo nie. Na ile można być niezorientowanym, choćby co do tego – kim się jest a kim nie jest. Ładny galimatias. W jakiej mierze jest to sprawa wyboru – przejrzeć się w lustrze czy nie? A jeśli już tak, to w jakim lustrze. Bo krzywe zwierciadła potrafią wiele. Może zamiast tego – co wiedzieć, lepiej by spytać – co wolimy widzieć. Względnie – kogo.

Jeśli pragniemy kogoś widzieć, jesteśmy skłonni podjąć wiele starań. Świetny tego przykład opisuje w swojej Ewangelii Święty Łukasz (Łk 19, 1–10). Wymieniony tam z imienia Zacheusz podejmuje radykalną próbę – „chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest”. Będąc niskiego wzrostu, żeby widzieć ponad tłumem wspiął się na sykomorę (cóż za okazja dla drwin – patrzcie no, zwierzchnik celników urzęduje dziś na drzewie!). I tu dopiero niespodzianka. Chcący zobaczyć – sam został ujrzany! Bo Jezus „spojrzał w górę” ku tkwiącemu na drzewie człekowi nikłej postury. Gdyby Zacheusz zagapił się gdzieś w niebo, jego oczy nie spotkałyby oczu przechodzącego. Niby, po ludzku biorąc, nikłej postury był – a co się okazało... Zorientował się nie na to, jakie robi z siebie widowisko i co ludzie powiedzą – ale na Boga.

Wracam jeszcze do łazikowania po drzewach. Może się komuś zdawać, że to takiej fiszy jak Zacheusz, zwierzchnik celników, nie przystoi. Przystoi, nie przystoi... Wejdźcie sami na drzewo, to pogadamy. Świat stamtąd wygląda inaczej – widziałem, to wiem. A widać niejedno. Wiatru porywy lub jego łagodność, słońce na przemian z wędrującym cieniem przechodząc dotykają sklepienia lasu. Jego wierzchołków, drzew koron i tych, których tam znajdą. Rąk poplamionych żywicą, pełnych upartego zapachu trudnego do zmycia i do zapomnienia. Widać stamtąd, jak po burzy nastaje słońce, zaś po ciszy wiatr. Który kędy chce wieje stronami. Przyzywany przechodzi między nami.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •