(Tetryk Starszy)

JESIEŃ TETRYKÓW

Warszawa. Połowa października. Góry daleko, ścianki wspinaczkowe blisko. To my, Tetrycy, na ściankę. Niestety, stajemy w ulicznym korku i trwa to na tyle długo, że słyszę:

– No, jedź! Jeeedź! – namawia Młodszy tych, którzy wloką się przed nami. W końcu nie może wytrzymać, aż z irytacji przestawia litery:

– Aw...!

– A kysz! – chcę zasugerować coś grzeczniejszego (a wyrywa mi się, jak ateiście na widok Anioła Stróża).

Milknę i zatapiam się w rozważaniach, czy mój przedpołudniowy pobyt na Cmentarzu Komunalnym nie był nieco przedwczesny. Kiedy wreszcie ruszamy szybciej, wymieniamy uwagi na temat sezonu górskiego – ja, bądź jego braku – Tetryk Młodszy. Dziwię się, że przez całe lato wspinałem się tak rzadko i niechętnie, a przed tygodniem naraz mi się zachciało. Doszło nawet do tego, że po odwiedzeniu kilku starych dróg na bunkrach w Czosnowie tego samego dnia była jeszcze ścianka.

– To starość… i przebłyski mogą się zdarzać – mówi Młodszy. – Trzeba jechać w Dolomity!

Odpowiadam, że śnieg to mamy i u nas, w Tatrach. Żeby odejść od śliskiego tematu napomykam o zdjęciu, na jakie przypadkiem trafiłem w Internecie. Bo na zdjęciu tym nie kto inny, tylko Młodszy. Prócz dziarskiej miny, prezentuje też swój organizm; opięty efektownym, czarnym kombinezonem z czerwonymi statecznikami (brak mi tylko pelerynki i emblematu).

– Jakie stateczniki?! – To uchwyty – objaśnia SuperMłodszy.

Okazuje się, że są potrzebne przy tworzeniu figur podczas skoków zespołowych.

– Myślałem, że pomagają przy ewolucjach – tłumaczę się.

– Nie – słyszę na to – one nawet utrudniają akrobacje.

Tak to, odnajdując coraz to nowe obszary mojej niewiedzy, docieramy do hali sportowej na Kole. Na ściance nadkomplet. Ruszamy dalej, na Banacha. Tam również zastajemy mrowie amatorów wspinania i uznajemy, że wykazaliśmy już wystarczająco wiele zapału…

Kiedy wracam do domu, w drzwiach wita mnie Małżonka.

– Nie chcę być stara! – oświadcza. – Dlaczego życie trwa tak długo?!...

– Bo jesteś niecierpliwa – odpowiadam przeciskając się do środka.

Wewnątrz mieszkania z telewizora płynie oświecająca wiedza według National Geographic: Wszystko na Ziemi zależy od oceanów!

– Nie chcę być stara! – buntuje się dalej Małżonka.

– No, to już nie ode mnie zależy... – mówię rozkładając ręce. O roli oceanów nie wspominam.

– Ale to życie trwa za długo! – skarży się nadal Moja Miła.

Żeby wreszcie przestała biadolić ostrzegam:

– Jak będziesz dalej taka niecierpliwa, to wcale nie umrzesz!

Małżonka na jakiś czas przycicha, a ja przypominam sobie historię z pewną babcią, której też się śpieszyło. Po zabiegu, wybudzana z narkozy, schwyciła lekarza za rękę i z nadzieją spytała:

– Jezus!?

– Nie... - usłyszała w odpowiedzi. – Jeszcze nie.

* * *

Po tygodniu ponownie wyruszamy na poszukiwania mało zatłoczonej ścianki wspinaczkowej. Po drodze dowiaduję się, że Młodszy ostatnio skakał ze spadochronem ledwie dwa razy. W niedzielę zaś nawet zawrócił do domu z uwagi na nagłe porywy wiatru.

To przypomniało mi o dziwnym spotkaniu w Tatrach. Był taki dzień w sierpniu, kiedy też nieźle wiało, a że padał przy tym deszcz ociągałem się z wyjściem na dwór. Stałem na werandzie schroniska przy Morskim Oku nasłuchując czy wiatr trochę nie ucichnie.

W tym momencie otworzyły się drzwi i wpadło do wewnątrz kilka osób. Jedna z nich, kobieta, stanęła przede mną jak wryta i zaczęła mi się bacznie przyglądać. Poprawiając rozwichrzone, długie włosy patrzyła na mnie, a oczy robiły jej się coraz większe. Widać było znaczny wysiłek świadomości. Poczułem się z lekka zakłopotany. Próbowałem odgrzebać w pamięci choćby ślad świadczący, że miałem „jakąś okoliczność” z tą Panią. Nic.

Wtedy, patrząc mi wprost w oczy, Pani spróbowała ustalić moją tożsamość:

- Kaligula!? – spytała, wyraźnie oczekując potwierdzenia.

Co prawda spotkałem w życiu kilka niebanalnych osób, ale Tej Pani nie mogłem sobie za nic przypomnieć.

- Nie. Neron! – tak powinienem odpowiedzieć (według mojej Córki).

Ale nie umiałem się widać znaleźć, bo stwierdziłem tylko skromnie, że:

- Nie. Nie Kaligula.

I oddalając wszelkie podejrzenia wyszedłem ze schroniska.

Na zewnątrz szkwały wiatru unosiły krople deszczu tak, że chwilami zacinał poziomo. O brzeg Morskiego Oka uderzały fale. Wówczas jeszcze nawet nie przeczuwałem, jak przemożny wpływ na wszystko mają oceny. Miałem za to mocne przeświadczenie, że udało mi się tym razem zachować twarz.

Tymczasem przy okazji opowieści o skokach i wietrze, coś nie coś mi się wyjaśniło. Młodszy wspomniał, że w sierpniu nagły poryw wiatru, tuż nad ziemią, przyniósł mu nadspodziewanie „twarde” lądowanie. (Czy widział Anioła, dyskretnie nie wnikam). W konsekwencji, kiedy zaproponowałem mu wówczas wspólne wspinanie – zdecydowanie odmówił.

W sumie jednak najważniejsze, że dożyliśmy jesieni. A do tego, tym razem na ściance było luźno. Nie dość, że nawspinaliśmy się do utraty sił, to jeszcze udało się tam nabyć opaskę na głowę z emblematem Klubu Wysokogórskiego.

Że zapomnieliśmy zwinąć i zostawiliśmy pod ścianką naszą linę, okazało się dopiero po dotarciu do domu... (no, i od czego to zależy)

* * *

W przedostatni dzień października znowu ruszamy na poszukiwanie wolnego kawałka ścianki.

Narzekam (jeszcze częściej niż zwykle), że tego dnia nic mi się nie układa, a zdarzenia najwyraźniej uparły się być „niedoszłe”.

- W tym wieku już nie ma takich dni, kiedy się wszystko układa! – stwierdza Młodszy.

Zastanawiam się, czy nie czepia się czasem mojego wieku? Milknę, ale mściwie postanawiam założyć mu kajecik pt.”Tetryk Młodszy – MYŚLI NIEKTÓRE”.

Zjawiamy się w hali przy Nowowiejskiej na 40 minut przed zamkniętymi zajęciami na ściance dla studentów. I nie ma co udawać studentów, kiedy czas mija. Młodszy o dziwo zadowolony!

Wracając do domu zauważam, że wystarcza nam już całkiem niewiele. Nie pomijałbym tu przemożnego wpływu... jesiennego znużenia.

Może to i jesień.

– Jesień Tetryków?

– Tak. – Chyba, że znów ktoś wyskoczy z jakimś „a kysz” lub... Dolomitami.

I trzeba będzie…

– O nie! – Co to, to nie – a kysz!

– A kysz!

listopad 2008
Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •