(Tetryk Starszy)

MIKROKLIMAT

Szczyt. Chmurno... I ja w podobnym nastroju. Zmęczony, ale jeszcze bardziej zawiedziony "niezwykłym" (według przewodnika) "pięknem" dopiero co przebytej drogi. Zaczepiam człowieka wchodzącego do obserwatorium:

– Chciałbym wiedzieć, co będzie z pogodą – najchętniej, żeby można było dać sobie spokój z tym całym wspinaniem...

Człowiek, jak się później okaże Vlado, nie jest wcale tym, którego szukam. Nie dość, że sam pogodny, to także i o pogodzie mówi z optymizmem... Zaprasza, żeby zajrzeć do internetu. Biegnę po M. Wróżby z ekranu to nie mój żywioł. Podobnie jak wspinanie... Vlado wystukuje zdjęcie z satelity, później kolejne zbliżenia. Nad nami, niby, ma być czyste niebo...

– To taki mikroklimat – tłumaczy. Bo w oknach szaroburo.

– Trzeba się jutro wspinać – orzeka Vlado.

Nie mam słów... Znalazł się prorok.

– Można?... – pyta ożywiony czymś M i nie czekając pochyla się nad klawiaturą.

Sprzężony już z urządzeniem, przyciska Vlada do ściany. Wystukuje sobie, co mu tam trzeba. Vlado stara się wysunąć, wymknąć. Na próżno. Proponuje, żeby M sobie usiadł... na nic. "Masz, Kasandro, za swoje" przemyka mi mściwie przez głowę. "Ależ paskuda..." dodaję. To już chyba o sobie. Wreszcie boczkiem, boczkiem, Vlado wyślizguje się, a M, po zaledwie kilku próbach, rezygnuje. Żegnamy internet, Vlada i wygody... Niestety, jeszcze nie wieczór, ani tym bardziej jutro. Na nic obawy i wykręty. Znów pod ścianę i wiooo!

Najpierw M, potem M i jeszcze... on. Z każdą chwilą ubywa mi sił i ochoty. Jakby odwrotnie niż jemu.

"Skowroneczek jeden" myślę, zawistnie sapiąc. "Albo wampir?!?..."

Na wierzchołku zupełnie brak mi oddechu. I entuzjazmu...

Trochę się przejaśnia.

A widoki? Jakie widoki może mieć stary, zepsuty czajnik. Jego czas minął.

Vlado sprowadza kogoś "młodego" ze stacji kolejki i... załatwia nam nocleg. Osobny pokój. Z tapczanami. Słucham z niedowierzaniem.

– Nie trzeba pieniędzy – mówi.

– Nie trzeba płacić! – tłumaczy "młody".

Nie bardzo rozumiem, jestem zmęczony...

"Nie trzeba się tak męczyć!..." myślę, patrząc na „młodego” baranim wzrokiem.

– No, jak ludzie... ludziom! – mówi.

– Jak ludzie ludziom... – powtarzam. I spoglądam z niechęcią na M.

Idziemy grzecznie spać. Wiem, że nic już mnie dziś nie wzruszy. Nawet zachód słońca na rozpogodzonym niebie, w oknie. Ani ciepły kaloryfer. Ani nawet mdlący zapach smaru kolejki linowej. Boję się pomyśleć, co będzie jutro...

* * *

Jest już jutro. I pół ściany pod nami. A ja dalej wczorajszy. Nawet gorzej, bo uparłem się, że wiem, że tędy, że na pewno! Do tego jestem drażliwy, apodyktyczny i źle mi z oczu patrzy... M nawet się nie odzywa, tylko rusza we wskazanym kierunku.

Tymczasem niewyraźna dotąd aura, całkiem wyraźnie się psuje... Z otchłani wieje chłodem i mgłą. Szary opar jest coraz bliżej, wreszcie dosięga i nas.

Patrzę, jak M zanurza nogę we mgle... bada skałę... i cofa.

Znów bada... i cofa.

Bada...

Waham się między desperacją a sennością. Wieje mgłą i nudą...

Wtedy pamięć podsuwa mi obraz zabiegu leczniczego, jaki oglądałem w telewizji. Polega on na mrożeniu chorego ciała gazem. Wypisz, wymaluj takim, jak mgła...

Przecieram oczy. Nie wiem, jak przebiega kuracja M... Nie widać go już spod leczniczego oparu...

Bo mikroklimat Vlada napiera.

Siedzę wprawdzie wygodnie, ale wcale nie spokojnie.

– Wiesz... – bąkam – chyba nie jesteśmy przygotowani na taki mikroklimat...

Kuracja trwa, ale mnie nie jest nic lepiej. Wtem olśnienie:

– A może... – mówię głośno – pójdziemy sobie bokiem? – Bo obok jest wielkie, łatwe zacięcie, aż na grań.

– P...!!! – mgła eksploduje przekleństwem. – To już wolę wytrawersować ze ściany!

Mgła wyraźnie nie jest ustępliwie usposobiona (tym bardziej, że M szedł już tak przed rokiem).

Kiedy zawraca, proponuję, żeby spróbował w innym miejscu... Patrzy na mnie mało życzliwie.

Okazuje się, że od początku chciał właśnie tam... Po głowie błąka mi się wczorajsze "ludzie, ludziom..."

Tymczasem mgły się rozstępują. A M pomyka całkiem chyżo. Mikroklimat jakby się zawstydził. Nie może się zdecydować między "prawie nie pada", a "pada trochę".

Kiedy siadamy na szczycie, wpuszcza nawet, na kwadrans, trochę słońca...

"Jak ludzie ludziom..." – powraca natrętnie, ni stąd, ni zowąd. Pewnie od tego słońca.

"Jak mikroklimat ludziom..." bredzę dalej.

Patrzę na M. Zadowolony pławi się w słonku.

"Jak mikroklimat kuracjuszom!..." przemyka mi jeszcze. Zamiast tego mówię:

– To prezent, dla ciebie, od... – i palcem wskazuję niebo.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •