(Tetryk Starszy)

HoWaŁaPa

Sierpień 2006 roku był kapryśny. Ale pojedyncze dni bez deszczu jednak się zdarzały. Trzeba było tylko na taki dzień trafić... Tego dnia było zimno, czyli szansa, że nie będzie padać.

Może z braku lepszego pomysłu, może też z niezdrowej ciekawości, zapragnąłem odwiedzić pewną rysę. Rysę Hobrzańskiego na Mnichu...

Rozpytałem znajomych – kto by mnie tu przeciągnął?

Filantropi

Filantropów znalazło się dwóch: Marek i Mirek.

W dojmującym chłodzie Mirek ("Szyszka") ściągnął nas na półki na wschodniej ścianie, a tam Marek zgrabnie przeszedł pożądaną Rysę (osobiście z Rysą poznałem się już wcześniej; w 1969 roku zdążyłem ją oblatać, a przehaczyć w kolejnym).

Gdy i mnie poszło, jakimś cudem całkiem zgrabnie, popadłem w głębokie samozadowolenie. Zaskoczony własną dzielnością nieopatrznie ruszyłem dalej, ale dalej już nie było tak słodko. Na czajenie się i moje podchody, trawki okazały radykalne zniecierpliwienie. I tak to półsłówkowy "Luźny Potnik" zamienił się w lotnika, niewczesnego zresztą. Zawstydzenie dodało mi napędu i zawiodło na "Trawnik Starosty", a stąd "Szyszka" wyprowadził nas na górne półki.

I to już by było na tyle..., gdyby nie nastąpił ciąg dalszy. Bo nastąpiło jeszcze trawersowanie kopuły szczytowej, jak chadzali niegdyś Łapiński z Paszuchą (WHP 535P) aż...

"(...) do stóp 15 metrowego uskoku pd.-zach. Wierzchołka Mnicha. Uskok ten składa się z trzech wielkich, gładkich bloków, ustawionych jeden na drugim i rozdzielonych od siebie poziomymi pęknięciami. Na pierwszy blok wprost jego tępą krawędzią. Na drugi żywą drabiną. Na trzeci blok z pomocą żywej drabiny i stopnia utworzonego przez głowice czekana wyciągniętego w górę przez wspinacza tworzącego drabinę. W ten sposób pierwszy wspinacz sięga chwytu znajdującego się tuz pod pd.-zach. Wierzchołkiem Mnicha. Drugi wspinacz wchodzi z pomocą liny" (WHP 527E)...

...i dalej...

"(...) Z pd.-zach. Wierzchołka Mnicha (dalej tylko dość trudno) kilkumetrową ścianką wprost w dół na siodełko między oboma wierzchołkami Mnicha. Stąd droga 528B na główny (pn.-wsch.) wierzchołek" (WHP 527F).

Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłem się pod wspomnianym "trzecim blokiem". Nie dość, że zabrakło drabiny i czekana, to jeszcze po minięciu ostatniego przelotu, zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Otóż lina łącząca mnie z Filantropem, który już "szczytował" na głównym wierzchołku, powiewała sobie całkiem swobodnie. I śmieszno, i straszno...

Wiem co prawda z lektur, że wspinanie to przygoda, ryzyko itd., a jednak... Parametry wahadła były..., były... najoględniej – niekorzystne.

– Jeśli przejdę – spekulowałem w myślach – będzie to, być może, mój "życiowy" sukces.

Wiał lodowaty wiatr, a tymczasem ocierałem spocone czoło.

– Jeśli gruchnę... – kontynuowałem rozmyślanie – czy za sukces uzna Moja Rodzina pielęgnowanie połamańca lub paralityka?

Już miałem rozważyć subtelności sukcesu (co poświęcić, z czego zrezygnować, co zaryzykować..., czyli, jak by tu korzystnie przehandlować Duszę?), już miałem 6 myśli na minutę...

Aż tu naraz intelekt okazał się zbędny; skostniały Filantrop "numer 2" wpiął linę w przelot na moim wierzchołku... i po chwili mogłem szczytować aż dwukrotnie i to bezkolizyjnie!

Szczyt. Wiatr. Żadnych zdjęć! Schodzimy. Szyszka w międzyczasie dowcipkuje. A swoja drogą ile się trzeba nałazić, żeby się okazało – czy cudze uznanie może pachnieć klęską? Więc, żeby już zamknąć sprawę – to z sukcesów wystarczy Szyszka.

Chociaż z drugiej strony biorąc, odkąd urżnął go pewien komar, który wcześniej ssał niemieckiego grafa, jak żartować zacznie, nie może przestać... No, nie może – cały w tym ambaras.

I tak, dzięki Bogu szczęśliwie, skończyła się chłodna wycieczka. Ho-Wa-Ła-Pa, gdyby skrócić nazwy odwiedzanych dróg.

HoWaŁaPa na wschodniej ścianie Mnicha.
Tatry

Pakujemy się, przebieramy, wyciągamy telefony. Na mnie czeka SMS: "Co tam Aniołku?".

Przez chwile jakby coś zaczynało świtać: "Potnik", trzeci blok, ten SMS... Ale związku jakoś wciąż nie mogę się dopatrzyć. Ani upierzenia :)

Jan Hobrzański
Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-05-24
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •