(Tetryk Starszy)

BLUSZCZ

Fot 1615

Zeszłego roku przyjaciel posadził nam na balkonie różne kwiatki. Nie dość tego, bo jeszcze i bluszcz. Martwiliśmy się z Małżonką, czy tak rozmiłowane we wspinaczce pnącze znajdzie tu odpowiednie warunki. Nasza wnęka balkonowa posiada tylko jedną ścianę. Ściana, a zważywszy na jej rozmiary raczej ścianka, ma wystawę nieomal dokładnie północną. Owo „nieomal” sprawia, że w czasie lata po godzinie osiemnastej słońce tu jednak mimo wszystko zagląda.

Nastało kolejne lato. Po roku, mimo moich i Małżonki obaw, bluszcz zadomowił się u nas, rozrósł i ma się coraz lepiej. Można puścić wodze fantazji, cóż to będzie kiedy zacznie się przebarwiać jesienią, jakich kolorów pozazdrości tęczy nim pokurczy się i sczernieje. Właściwie z fantazją można zacząć już teraz. Roślina prezentuje mi się jako kaskada. Wodospad liściastej zieleni. Kaskada czasu, przestrzeni, pamięci i niepamięci, czego tylko zechcieć.

Ta odmiana pnącza nosi nazwę bluszczu trójklapowego. Co kryją trójklapowe liście, tego nie wiem. Czy unosząc któryś z nich coś zobaczę; to co było, czy raczej to, co jest… Co do przyszłości wolałbym zachować ostrożność. A może spośród liści wybrzmi naraz jakaś powracająca melodia, lub inna, taka którą dawno zapomniałem. Bardzo jestem ciekaw.

Fot 2461

Znajduję swego rodzaju podobieństwo między balkonowym bluszczem a moją pamięcią. I niepamięcią, niestety. Nie wiem co skrywa jedno, a co gorsza także i to drugie. Nieśmiało próbuję zajrzeć, unieść listek, klapkę pamięci. Co my tu mamy. Telewizyjny reportaż, widziany przed kilkunastu, może dwudziestu laty:

Pociąg toczy się niespiesznie poprzez gigantyczne blokowisko. Wszystkie miejsca w bezprzedziałowym wagonie zajęte są przez zatopionych jakby w półśnie podróżnych. Wtem, otwierają się drzwi i wchodzi ktoś z sąsiedniego wagonu. W ciszę urozmaiconą dotąd jedynie turkotem kół wlewa się muzyka. Najpierw harmonia. Potem dołącza męski głos. Człowiek o naznaczonej trudami życia twarzy śpiewa:

„Ziemla w agniach, ziemla w cwietach, ziemla w tiszy…”

I jeszcze tylko jedno, co zapamiętałem poza fragmentem refrenu:

„My uchadim…”

Twarze pasażerów pozostają nieporuszone. Wspomnienie odpływa.

* * *

Unoszę kolejną klapkę bluszczu, listek pamięci. I co, znów muzyka. Po blisko czterdziestu latach przypływa do mnie melodia przewodnia telewizyjnego cyklu „Ballada o drodze” (napisałem do autora programu z prośbą o tekst piosenki, niestety, bez odpowiedzi; nie znam tytułu piosenki ani jej autorów). Gitara, harmonia, męski głos i moja zawodna pamięć:

„Kto z nas, szczęścia by nie chciał mieć
Kto z nas, przyszłych dni zgadnie bieg
Odnajdzie zgubiony ślad
Odkryje najdalszą z gwiazd
Kto z nas , kto z nas, kto wie…”

* * *

To będzie muzyka, zgaduję zawczasu, zanim jeszcze skubnę kolejny listek bluszczu i uchylę klapkę pamięci. Rzeczywiście. Powraca do mnie co jakiś czas rozlewna fala skrzypcowej muzyki zasłyszanej ponad pół wieku temu. To utwór, który był wstępem do prelekcji przed seansami studyjnymi w krakowskim „Kinie Sztuka”. Najbardziej, prócz tej muzyki, zapadł mi w pamięci obejrzany wówczas film – „Siódma pieczęć” Ingmara Bergmana. No, i jeszcze kamieniołom na Zakrzówku.

* * *

Zaglądam pod kolejną klapkę.

Zakrzówek. Ten nieczynny kamieniołom już przed wojną służył wspinaczom do treningu. Wprawieni ruszali stąd w podkrakowskie Skałki lub ku prawdziwym górskim ścianom. Ale co ja tu robię, jesienią 1966 roku? Drapię się tam, gdzie jeszcze nikogo nie zaswędziało. I udaje mi się przejść nowy wariant. Stoję nad przebytym urwiskiem jak zaczarowany, zachwycony, że nie zleciałem.

Słońce zniża się ku horyzontowi. Gapię się… Jak wół na malowane wrota. Tymczasem na krakowskich Dębnikach zapalają się już pierwsze światła. A mnie, ni stąd, ni z owąd, przypominają się naraz dziwne słowa:

„A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny.”

To fragment APOKALIPSY ŚWIĘTEGO JANA (8,1)

Z ciszy głębokiego cienia, który objął już podnóże kamieniołomu dobiega mnie wołanie partnera. Pośpiesznie zaczynam wybierać linę, by i Rysiek zdążył zobaczyć to, na co się zapatrzyłem.

* * *

Fot 2546

Coś mi się zdaje, jakby to już była czwarta klapka. O jedną za wiele, bluszcz mój trójklapowy jest. Ale, ale – jeśli by tak zamienić klapki, przykładowo, na klepki – to akurat na czwartej wypadałoby chyba skończyć. Żeby nie okazało się, że kolejnej nam braknie.

Bluszcz. Bujna, zielonolistna plątanina łodyg pnącza. Niczym kaskada czasu i przestrzeni. Ma chyba jednak przecież gdzieś swój początek. Tak, jak spełniona nadzieja.

Jeszcze próbuję nie dać się ponieść emocjom, przyjrzeć się radosnemu przeczuciu. Że źródło nadziei jest aż tak blisko.

Mam nieodparte wrażenie, że apokaliptyczna „cisza jakby na pół godziny” wciąż jeszcze mimo wszystko trwa. Tylko moje pięć minut – z tej strony – się kończy. Szczęśliwie ufam.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2020-02-03
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2020 •