(Tetryk Starszy)

LIST

Nie umiem pisać listów. Sama myśl o tym budzi we mnie niechęć.
Często już przy próbie zatytułowania listu odkładałem pióro i sam pomysł na później.
Jeśli więc zaczynam ten list bez tytułu, niejako od środka, to jest to wybieg; może łatwiej mi będzie dopisać początek.

I jeszcze jedno. Świat w którym żyję, który mnie otacza, mój czas nie jest dla mnie zrozumiały. Doznaję istnienia w sposób fragmentaryczny. Dostrzegam drobiazgi, których nie umiem, czy nie chcę ze sobą łączyć. Nie mogę więc mieć pojęcia o całości, jeśliby taka istniała.
Stąd też krępujące i podwójnie trudne jest dla mnie pisanie tego listu. Chcę bowiem przedstawić pewne wrażenia, w istocie swej bardzo poszczególne, które jednak w sekwencji nie zdają mi się zupełnie oderwane i przypadkowe.
To jak z okruchami zwierciadła - mogą być z jednej tafli.

Miałem sen – lustro.
Widziałem w nim swoje odbicie.
Patrzyłem wprost w oczy. Wyraźne, brązowe z jaśniejszym ornamentem tęczowych ścieżek, z których można podobno wyczytać o człowieku wszystko. Patrzyłem zaciekawiony, ale też i zakłopotany. Mroczne źrenice które miałem przed sobą, były jak nieznane korytarze, ciemne, budzące niepokój…
Zatrzymałem się. Na skrajach lustro matowiało. Jak gdyby zarastała je szadź.
Kolejne, jakby odbite, spojrzenia i obrazy zaczęły przenikać mnie na wskroś

* *

To moje oczy.
Ale policzki rumiane, pucołowate, należą do dziecka.
Jeszcze piegi, kulfon pełen kataru i usta, w których właśnie znika lizak.
- Nikt mi nie odbierze. Jak dorosnę, to wszystko będę wiedzieć i mieć.
Słodyczy najwięcej

* *

Tylko czas potrafi być
zawrotny jak spojrzenie
które ogląda narodziny i zmierzchanie gór,
nasz upór i zapamiętanie.
Plamy krwi na kamieniach
są jak zapach.
Skały wietrzeją.
Gdyby nie równiny
cóż warta byłaby pamięć
i wytrwałość gór.
To wyniosłe spojrzenie szczytu
widzi w jeziorze kres czasu motyli.
- Patrz
jak cierpliwe moje oczy

* *

To jest niewinne drewienko.
Na nim powyginane druty…
I serek.
A to są moje zęby
i oczy jak szalone paciorki

* *

Kołuję jeszcze ponad gniazdem.
Mój dziób jest pusty.
A to, co wspina się do drzwi
do okien domów
aż po dachy
nie ma barwy

* *

Czy pustynia wie,
że właśnie jestem
lub, że mnie akurat brak?
A to burza wzięła
a to stopił grom.
Że to ja
albo, że nie ja
a podobny ktoś do złudzenia
żartem może skradł?
Nie umiem samotności

* *

Otoczone siecią zmarszczek
oczy w zniszczonej twarzy
- Ból - mówią - czymże jest
wobec miłości…
a czym ból braku miłości?
A jednak wszyscy rodzą się.
I każdy jest dzieckiem kobiety.
A ja, jestem kobietą

* *

Nie ma dróg
które nie mogłyby zrosnąć
Umiemy istnieć wszędzie
A zieloność jest jak ocean
Plenimy się
Przypadkowi pomaga wiatr
Wśród nas umie plenić się ogień
Podglądamy gwieździste niebo
Tam mieszka słoneczny wiatr

* *

Starano się mnie obłaskawić
Lecz nie tak, jak światło
Jakby blask mógł przesłonić
Emanacje tężejące w rzeczy
Kształt to pozór
Jak światłocień
Niech zwodzą oczy
Niczego nie można mieć
na własność
Przywiązanie niczego nie odwoła
Już się wydarzyło
A teraz można tylko dowiadywać się o tym

* *

Nie pamiętam korzeni
ani szumu
Jestem cienka i biała
Pstrzą mnie
rządkami ciemnych znaków
Zachowałam tylko szelest
Jak mydlana bańka
kiedy pęka tęcza

* *

Po co o tym piszę, czemu miałaby służyć ta korespondencja?
Nie wiem…
Nie wiem też,
jak można pisać list
nie znając adresata

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-06-13
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •