(Tetryk Starszy)

DO LEKARZA

(Pierwszym i kolejnym kontaktom poświęcam, zwłaszcza zaś tym, którzy ich doświadczają)

26 stycznia 2016 roku udałem się do rejonowej przychodni lekarskiej. Ściślej biorąc do lekarza pierwszego kontaktu, czyli do internisty. Kontakt był to już kolejny z rzędu. Pod drzwiami zastałem kilka pacjentek. Po zadeklarowaniu na którą godzinę jestem zapisany okazało się, że kilka pań ma terminy wcześniejsze. Ustaliwszy po kim mam wejść do gabinetu, zrezygnowany oparłem się o ścianę. Korytarz był wąski a ławy poczekalni ustawione pod ścianami naprzeciw siebie. Tę vis a vis mnie zajmowały trzy panie.

- Trzy Gracje! - przemknęło mi przez głowę.

Dotarło do mnie i coś jeszcze. Mianowicie to, iż moje pytania mające ustalić miejsce w kolejce, tylko na moment przerwały toczące się tu rozmowy. Prowadziły je głównie wspomniane już Gracje; z pacjentkami zajmującymi ławę pod przeciwną ścianą, względnie między sobą. Nim się zorientowałem, owe rozmowy zupełnie zawładnęły moim słuchem. Po chwili, kiedy nieco ochłonąłem, głowę miałem już pełną oracji Trzech Gracji. Wówczas przypomniała mi się dramatyczna scena z „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza, w której Bohun podchwytliwie zapytał:

- A czemu to ginąć mnie a nie wam?!

Z tym, że chodziło mi bardziej o to, czemu ja milczeć mogę - inni zaś nie. Na przykład Gracje... Wtedy zadziałał instynkt samozachowawczy; odbiłem się od ściany i ruszyłem przed siebie. Już parę kroków dalej korytarz rozszerzał się w przestronną salę. Tam, przy stoisku optyka, znalazłem wyściełany, choć i mocno zdezelowany, to jednak całkiem ustronny fotel. Zapadłem weń z prawdziwą ulgą. Stan, który próbuję opisać, był zapewne zbliżony do nirwany. Podpierając się łokciem na oparciu fotela mogłem bez trudu zatkać palcem jedno ucho. Dzięki temu tylko do drugiego ucha docierały odgłosy toczonych nieopodal rozmów. A toczyły się one, toczyły niczym rzeka. Jak rzeka, czy może raczej potok, którego nurt już to rozlewał się łagodnie na płyciznach, już to wzburzał trafiając na groźne porohy.

Powracając do rzeczywistości, co jakiś czas zaglądałem do pań pod gabinetem. Żeby całkiem o mnie nie zapomniały. Daleki jednak byłem od tego, by dać się wciągnąć w nurt rozmowy. Za to przypomniała mi się kwestia, którą podobno wygłosił wobec zebranych pewien wicepremier. Miała brzmieć mniej więcej tak:

- Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co tu zobaczyłem. Tego, co mam powiedzieć...

- I tego, co może nawet powiem.

Tymczasem stanowczo opierałem się krasomowczym zapędom.

Cierpliwość bywa niekiedy nagradzana; już po godzinie i czterdziestu minutach stanąłem przed gabinetem gotów przekroczyć jego próg jako kolejny pacjent. Stojąc pod drzwiami dokładnie przestudiowałem wszystkie napisy jakie tam znalazłem. Moją uwagę przykuł zwłaszcza ten:

Najprostszą i najprzyjemniejszą formą komunikacji jest uśmiech. Pamiętaj o uśmiechu :-)"

Wreszcie wkroczyłem do gabinetu. Zostałem poproszony, bym usiadł. Następnie, po wypełnieniu dokumentów poprzedniego pacjenta, co zajęło też czas jakiś, Doktor A. zapytała:

- Z czym pan przychodzi?

Czekając pod drzwiami gabinetu zdążyłem zapamiętać, więc bez trudu wyrecytowałem:

- Przychodzę z najprostszą i najprzyjemniejszą formą komunikacji...

Kiedy nieco zaskoczona lekarka zerknęła na mnie - załączyłem




Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-12-03
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •