(Tetryk Starszy)

BAJKA O STARYCH ZUŻYTYCH CZAJNIKACH

Córci

Czy byliście kiedyś starzy? Lub, choćby trochę, zużyci?

No, bo czajnikami to bywa się raczej z rzadka... I całkiem wyjątkowo.

To jeszcze nie bajka.

Jeszcze jesteśmy na tym świecie, który nazwijmy sobie, powiedzmy, "tym światem" albo ostatecznie "jawą". Ósmego sierpnia 1998 roku.

Idziemy. Jest nas dwóch, idziemy sobie dnem doliny. Zielono jak 150.

Oczywiście: trawa, liście, cień oraz słońce – choć wieczór – gorące.

Gapimy się... Idziemy i gapimy się...

Nie na trawę ani drzewa, nawet nie na błękit nieba, chociaż jest...

Jest w oczach, prawie tak, jak we śnie, lecz "na jawie".

Gapimy się (aż oczy bolą, aż odechciewa się rymów), gapimy się na coś, co wyrasta ze stoku doliny, spośród drzew, i nie bardzo przypomina "ten świat". Lśni w słońcu, jak 151 albo i 2, i wygląda jak katedra.

To jest prawie białe, wielkie, i do tego bardzo przepaściste. I jakby nie całkiem "na jawie".

Normalny człowiek możeby się i rozdziawił, może i zdziwił, albo nawet zaszedł do głowy, czyli za uchem podrapał... Ale też zaraz odkręciłby się na pięcie i poszedł dalej swoją drogą... Na kiełbasę z grilla, palce lizać, albo na lody. Bo o rzut beretem przyczepa campingowa oferuje wszystkie smaki tego świata, czyli papu.

Ale kto tu mówi o normalności?

Poza normalnością i nami dwoma jest tu jeszcze ta niby-katedra z białych skał...

Podchodzimy do jej podnóża przez gąszcz krzaków. Może nie jest to żaden stumilowy las, ale z pewnością pora już na bajkę na dobranoc. Tylko komu potrzebna teraz bajka, skoro nie ma tu ani jednej, no wręcz żadnej dziewczynki...

I kto tu dostanie ze śmiechu czkawki?!?...

Więc nikt tu bajki nie opowiada. Ani też nikt wcale nie pyta:

- Czy ci przypadkiem nie wspomniałem?

- O czym?

- Dzisiaj ci jeszcze nie wspominałem?!

- Ale, co?!...

- No, że cię kocham...

- Nieee...

- Więc wspominam!

Zamiast tego, wspinam się z wysiłkiem, to znaczy gramolę po ścianie wspomnianej niby-katedry. Ostatnie promienie słońca wyciskają ze mnie rzęsiste poty, a dolinę, tymczasem, szybko zalewa cień. I to nie żadne bajki... Za to słyszę głos M:

- Sapiesz, jak stary, zużyty czajnik.

Nie odpowiadam. Zobaczymy, jak sam pójdziesz – myślę sobie. Kiedy staję wygodnie, a M rusza, słońce właśnie zachodzi. Jest tak pięknie, że mówię do siebie: Bajka... I dziękuję Bogu, że tu jestem.

Niebo w słońcu, dolina w mroku. A z tego mroku, nieśmiałe posapywanie. Nic nie mówię... Gapię się na niebo, na światełka w oknach, gdzieś w dolinie... Ale kiedy M wyłania się i zastyga zaklinowany na krawędzi mroku, odzywam się życzliwie:

- Stare czajniki... lubią sapać.

- Stare... i zużyte - stęka M.

- Stare i zużyte, ale dobre... dobre są te czajniki – mówię pojednawczo, kiedy się zbliża, "jeśli to ma być dobra bajka...", dodaję w myślach, kiedy mnie mija.

Zmierzch. Mrok w dole poszarzał mgiełką. Nie ma co, myślę, ulubiona pora czajników. Postać M majaczy mi na tle białych skał i rozpływa się. To już nie jawa. To zmrok.

I wreszcie ziemia pod nogami. W ciemnościach pakujemy plecaki.

- Która godzina? – pyta ten, który zgubił zegarek.

- Dochodzi 21 – odpowiada drugi czajnik.

Później błądzimy w krzakach porastających wierzchołek. Ciemno, choć oko wykol. Dosłownie, bo krzaki nie dość, że pełne pajęczyn, to jeszcze kłujące. Wreszcie rżysko w świetle księżyca. Pełnia. Bardziej jak grejpfrut niż pomarańcza.

- To bajka... – odzywam się do M.

Milczy. Mijamy mroczny cmentarz. Wtem mruga jedna lampka, druga... Dochodzimy do jezdni. Nad księżycem ciągną się dwie równoległe smużki.

- Popatrz – mówię do M, wyciągając rękę.

- Ee, to tylko chmurki... – skrzypi zużytym głosem.

I znowu w mrok, do doliny, drogą przez Czarcie Wrota. Ale mu nie mówię, że się boję.

Nikt już nie sapie.

I bajka się kończy.

Później M opowie mi o Yosemitach. Ale to inne góry, inna bajka.

Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-01-13
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •