(Tetryk Starszy)

PANI DZIUNIA

Pani Dziunia Łapińska zajmuje w mojej pamięci miejsce poczesne. Chyba w sąsiedztwie Olimpu. Jak wiadomo, mieszkańcy Olimpu nie zstępowali na ziemię z byle powodu. I taki przypadek właśnie pamiętam.

Mogło to być lato 1971 roku, a dzień z całą pewnością jednoznacznie słotny. Sporą część mieszkańców taboriska można było odnaleźć na werandzie schroniska przy Morskim Oku. Atmosfera wokół jednych stołów senna, przy innych znów była ożywiona. Zwłaszcza przy jednym wianuszek słuchaczy wybuchał co jakiś czas gromkim śmiechem. Źródłem tej uciechy były opowieści całkiem niepozornego młodzieńca. Jego wartka wymowa i – poczucie humoru – budziły żywy aplauz. Może przychylność słuchaczy, a może potrzeba podkreślenia szczególnie udanej pointy sprawiła, że nasz niepozorny młodzieniec wykonał ramieniem znaczący, obszerny ruch... a kufel trafił w okno i... rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Gwar na werandzie przycichł, nasz młodzieniec zamilkł; co nie przeszkodziło w usuwaniu ze stołu szkła... oraz piwa. Jasne było, że "coś" nastąpi. I faktycznie...

W ten charakterystyczny sposób, jakby płynąc nad ziemią, ukazała się w drzwiach werandy Pani Dziunia. Jak pod wpływem zaklęcia, zapanowała cisza.

Kiedy oczy Pani Dziuni zlokalizowały sprawcę, ten – mimo całej swej niepozorności – jakby zapadł się w sobie jeszcze bardziej... Po chwili jednak wstał, spuścił uszy po sobie i całkiem cicho, ale tak, że wszyscy słyszeli, powiedział:

– Ja... przepraszam... – i pokazując szparkę między zębami, przyrzekł – Ja zapłacę!

Stał tak, niepozorny, jakiś czas... Póki Pani Dziunia, bez słowa, nie odwróciła się i zniknęła, tak bezgłośnie, jak i się pojawiła.

Janek
22 września 2005
Ostatnie zmiany w witrynie: 2017-12-03
Debiut online: 2007-02-15
Copyright © Jan Hobrzański 2007–2017 •